Nobody can save you now... Strona Główna



Poprzedni temat «» Następny temat
Uliczka
Autor Wiadomość
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-10-04, 17:27   Uliczka

Uliczka




Opis tematu pojawi się niebawem, za opóźnienia serdecznie przepraszamy.

 
   Podziel się na:  
Bartholomew Braqar
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-05, 22:22   

W zimowe po południe nikt nie chciał wystawiać nosa za okno, gdyż w pewnym momencie zorientowałby się o zamarznięciu jego nosa. No nie do końca nikt, gdyż jedną z osób, które obecnie były w Londynie i lubiły te porę roku, był mężczyzna okryty w czarny płaszcz wypełniony ciepłym materiałem, który chronił go przed zimnem. Stał on spokojnie, oparty o zimną ścianę. Z jego ust wydalana była ciepła para, która następnie zanikała na wietrze. Czy stał on tam w jakimś celu, czy może po prostu postanowił podziwiać dzisiejszy dzień? Tak naprawdę nikt nie przewidywał najgorszych opcji, a brali tylko te najprzystępniejsze. Mijali go ludzie, którzy nawet czasami uważali go za biedaka i wrzucali do kubeczka z kawą czasami knuty, a czasami sykle. Był przecież Grudzień, miesiąc, który oznaczał święta. Ludzie myślą, że wrzucając biedakowi monetę będą zbawieni. A prawda jest taka, że nic z tego nie dostaną, chyba, że los postanowi im uszczęśliwić święta. Ale mężczyzna odziany w płaszcz kpił z takiego przekonania, gdyż co to znaczy dać jednego sykla czy knuta, skoro prawdziwe zbawienie jest dopiero od 1 galeona w górę. Jednak mężczyzna nie narzekał. Stał na tym zimnie i opierał się o ścianę plecami. Pojedyncze płatki śniegu spadały na jego ubranie i znikały, topiąc się. A on nadal stał. Jednak po godzinie takiego stania, bardzo uważni ludzie mogli zobaczyć, jak wchodząc w tłum, mężczyzna niezauważalnie omija ludzi nie budząc u nich podejrzeń. I w pewnym momencie... zniknął. Podejrzany mężczyzna jednak nie zniknął, a jedynie zmienił swój wygląd. Teraz zamiast czerwonowłosego z białym pasemkiem mężczyzny, byt przybrał postać jegomościa o twarzy biednego żebraka z licznymi zmarszczkami i piegami na twarzy, którego włosy lepiły się od brudu. Zmieniając przy okazji płaszcz na ten poobdzierany, mężczyzna zmienił absolutnie swój wygląd. Prócz oczywiście swoich szarych oczu. W tej postaci zaczął kierować się do dzielnicy Śmiertelnego Nokturnu, w którym mógłby podsłuchać trochę rozmowy innych czarodziei. Po drodze jednak pogrzebał trochę w śmieciach szukając „rarytasów”, które nadadzą mu odoru. I tak oto wygrzebał nieświeżą rybkę, którą zaczął się nacierać. To wystarczyło. Teraz było to idealne przebranie. Byt pognał dalej udając zbłąkanego, mruczącego niezrozumiale biedaka. I tak usiadł na ławce w uliczce obserwując innych ludzi.
 
   Podziel się na:  
Corinne Yaxley
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-06, 17:26   

| bilokacja [po spotkaniu z Cassem]

To okres świąteczny był dla szpitala świętego Munga najgorszy - nieudane prezenty gwiazdkowe miały w zwyczaju atakować swoich nowych właścicieli, przy rodzinnych stołach nie zawsze dochodziło do pojednań, nie wspominając już o wszelkiego rodzaju odmrożeniach, przeziębieniach i innych choróbskach. Na szczęście istniało tych kilka dni między świętami a Nowym Rokiem, gdy cały ten szum nagle się wyciszał, a świat jakby zwalniał w oczekiwaniu na ponowne przyspieszenie. Właśnie ten okres postanowiła wykorzystać Corinne na skupienie się na własnej pracy,a nie tylko tej, którą wykonywała na zlecenie. Lata pracy nad eliksirem miały się już ku końcowi, czuła to, widziała w górach zapisanych pergaminów, piętrzących się w pracowni, w kilku zużytych kociołkach i przede wszystkim w coraz szczuplejszym budżecie, który zamierzyła na ten cel. Unikalne składniki były niezwykle cenne, a przy okazji także bardzo trudno dostępne. Nic więc dziwnego, że ostatnimi czasy to Nokturn stał się jej rynkiem zaopatrzeniowym, tutaj mogła otrzymać wszystko to, czego potrzebowała, a na dodatek następowało to zdecydowanie szybciej.
Dziś również wybrała się na tę osławioną ulicę, ubrana w prostą, czarną szatę podbitą futrem, niezbyt elegancką, bo przecież nie mogła wzbudzać uwagi przechodniów, musiała wtopić się w otoczenie. Skromny strój nie oznaczał jednak, że marzła - z tym potrafiła poradzić sobie z pomocą odpowiedniego zaklęcia.
Znała już kilku handlarzy z Nokturna, a oni kojarzyli ją i być może właśnie dlatego byli w stanie polecić jej kolejną osobę, która mogła jej dostarczyć brakującego strażnika. Na jednej z ławek zobaczyła włóczęgę, mężczyznę tak nędznie wyglądającego, że każdy normalny przechodzień odwróciłby wzrok i poszedł dalej, jednak pani Yaxley wyczuła, że to może być właśnie jej dzisiejsza okazja. Niby od niechcenia przystanęła przy ławce, schowała dłonie do kieszeni szaty i rzuciła przed siebie.
- W Pekinie musi być teraz nieciekawa pogoda - nie było to nawet ustalone hasło, ale liczyła, że jeśli trafiła na odpowiedniego człowieka, on w mig odgadnie, że nawiązywała tym samym do rodzaju smoka, chińskiego ogniomiota. Zdecydowała się nie spoglądać mężczyźnie w oczy, dopóki nie odpowie na jej pytanie, dlatego stała teraz niewzruszona, z różdżką w pogotowiu.

| Przepraszam za zapłon, ciężko mi na tablecie.
 
   Podziel się na:  
Bartholomew Braqar
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-06, 18:17   

|Nie szkodzi, teraz ja ci lekturę zafundowałem. Mam po prostu dobrą wenę.

Byt siedział w swej wynędzniałej postaci. Nawet jego obecność była dla innych powietrzem. Nie wyczuwali w nim tego zagrożenia, po prosto był dla nich... śmieciem. Tak, ten staruszek, którego włosy lepią się od brudu oraz ten smród od jego stroju powodował, że ludzie traktowali go jak odpadek. To był dobry znak dla bytu. Nikt nie wiedział kim jest, nikt nie wyczuwał w nim zagrożenia. Podstawowe zmysły zachowawcze zostały w tych ludziach wyciszone. I co pozostało teraz bytowi? Siedzieć i spoglądać. Egzystencja patrzyła swoimi niebieskimi oczami na różnych ludzi i fukała, gdy któryś z przechodniów obrzucał go złowrogim wzrokiem. Ciekawe, bardzo ciekawe zjawisko, że ludzie w tych czasach nie mają za grosz kultury do innych osób! Nawet do tych, pod których podszywa się Cień. Nikt nie chce brudzić sobie rąk pomocą do innych, nikt nie chce nawet spojrzeć przychylnie na wynędzniałych biedaków, których różdżki już dawno pokryte są spróchniałym drewnem, i które już powoli pękają ze starości. Co to za czasy, co to za czasy! Nawet sam Czas w swej niewidzialnej formie opłakuje wynędzniałych. Ludzie nigdy nie byli dobrym materiałem na zbawienie. I niechaj przeklęte będą ich domy i sumienia, dopóty na ziemi jest sam Cień. A wracając do bytu. Byt siedział wciąż na ławce patrząc w niebo. Udawał, że jest przeziębiony, gdy na jego popękanych od zimna wargach zaczął pojawiać się uśmiech. Albowiem on uwielbiał naturę, uwielbiał spadający mu na twarz śnieg okrywający jego twarz, i uwielbiał także zwierzęta, które do jego rąk o dobroć prosiły. Byt ma dobre serce, a raczej miał, bo serce jego spopielone z powodu ognia smoczego zostało. I tak byt siedział i dumał nad swym istnieniem. Ale to w pewnym momencie zauważył zbliżającą się do niego przedstawicielkę tego świata. Okryta niedrogim, aczkolwiek ciepłym płaszczem, dumnie krocząca po kostkach brukowych Nokturnu. Była owszem piękna, ale nie tak piękna, aby Byt interesował się nią. Byt się już nikim nie interesuję, byt nie kocha nikogo. Uwielbia bowiem siebie samego, acz jednak nie był dumnym kwiatem z mitu o cudnym chłopcze, którego postać została zamieniona w kwiat. Nie, och, nie. Byt uwielbia tylko swoją obecność i obecność osoby, którą zaciekawiła jego usługa. Tą usługę wyraźnie wyraziła osoba, która chciała za wszelką cenę spotkać się z Egzystencją. A ta spojrzała na nią swymi niebieskimi oczami i wynędzniałym wzrokiem. Z jej cielesnej postaci wydalony został coś, co ludzie nazywali dźwiękiem, dialogiem, tekstem.
- Czego chce pani od starego łachmyty, o którego istnienie nikt nie pyta?
Byt wyraźnie wiedział o co chodzi, ale kobieta nie chciała powiedzieć tego zdania. Tego dwuwyrazowego rozkazu, który kazał Bytowi ukazać swą prawdziwą twarz. Patrzył on swoimi niebieskimi oczami i lustrował kobietę. Od stóp, po biodra. Od bioder po biust. Od biustu po ramiona i ręce. I następnie po szyi, która pięknie okryta była płaszczem. Aż w końcu zerknął na jej twarz uśmiechając się po starczemu. Po chwili do cielesnej postaci dotarł kolejny dźwięk, dźwięk osoby starającej się o jego uwagę, o uwagę bytu. Byt teraz wstał i jeszcze raz zlustrował „istotę”, która zakłóciła jego boży spokój. Okrywając się mocniej swoim płaszczem, ciało powędrowało w cień, w jego prawdziwą naturę. Kobieta nie odczuwała strachu, to było widoczne po niej już od razu. Nie mówimy tutaj o ogólnym wyczuwaniu strachu, kobieta nie wyczuwała w Bycie żadnej rzeczy, która mogła jej zagrozić. Bo Byt taki był – nie kara istot, które jej zagrażają. W cieniu wydalane były różne dźwięki, niektóre przyjemne, niektóre drażniące uszy. I tak oto z ciemności wyszła postać inna, postać tajemnicza, okryta w płaszcze i kaptury tajemniczości i zainteresowania. Okropny zapach zgniłej ryby zniknął wnet i nagle do nosa kobiety mógł dojść przemiły i interesujący zapach efemerofitu, a dokładnie Narcyza, którego cielesna postać Bytu bardzo lubiła. Jak narrator mówił, Byt wyszedł z cienia i popatrzył na kobietę z uśmiechem. Jego szaroczarne, pobrudzone włosy TERAZ zamieniły się w piękne ciemnoczerwone z pasemkiem. Twarz przybrała młodszą postać o kilkadziesiąt lat i patrzyła na kobietę swoim przyciągającym do zlecenia wzrokiem. Byt przechylił lekko głowę, otwierając powoli usta.
- Co mężczyzna może zrobić dla kobiety?
Przy tym postać istoty oparła się teraz o ścianę w swym nienagannym płaszczu. Palcem łapała pojedyncze płatki śniegu i wydmuchiwała duże ilości ciepłej pary, która odlatywała na różne strony. Byt nie zwracał uwagi na kobietę, interesował się bardziej otoczeniem i sprawą. Do jego uszu zaczęły napływać różnego rodzaju rozmowy innych ludzi. Byt zamknął oczy. I wyczekiwał odpowiedzi kobiety. Zlecenie przyszło, zlecenie trzeba wysłuchać. Tak raczy narrator powiedzieć pod koniec.
 
   Podziel się na:  
Corinne Yaxley
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-07, 23:49   

Nie interesowało jej to, że mężczyzna wyglądał jak żebrak, a dookoła niego unosił się niezbyt przyjemny zapach. Corinne wiedziała doskonale, że nie można oceniać ludzi po pozorach, bo nie każdy jest tym, kim się wydaje. Nie była to mądrość wyniesiona z domu, gdyby teraz pan lub pani Selwyn mieli postawić się na miejscu swojej córki najprawdopodobniej szukaliby jakiegoś przyzwoicie wyglądającego handlarza. Czarnowłosa miała zbyt duże doświadczenie w takiej wymianie, by teraz zawalić kolejną przez pozory. Oczywiście, mogła się pomylić, mogła natrafić na prawdziwego włóczęgę, któremu w efekcie pewnie rzuciłaby sykla i poszła dalej, jednak coś podpowiadało jej, że trafiła pod dobry adres. Kobieca intuicja? Przeczucie? Cokolwiek to było, uwierzyła temu.
Nie odpowiedziała na jego pierwsze pytanie, nie przybyła tutaj po nic innego poza składnikami do eliksiru. Słyszała opowieści o najemnikach, którzy kręcili się po Nokturnie, ale w tej chwili nie potrzebowała nikogo takiego, nie znała zresztą hasła i nie zamierzała ryzykować wciągnięciem się w coś, czego by potem żałowała. Jeśli zechce kogoś zlikwidować, będzie wiedziała co zrobić i do kogo się zwrócić. To jednak nie był ten dzień.
Nie przeszkadzało jej to, że nieznajomy się przyglądał, ona na jego miejscu też chciałaby wiedzieć, z kim miała do czynienia. Stała w bezpiecznej odległości od ławki, ale była pewna, że ją usłyszał. Przypadkowy przechodzień nie miał szans na dopatrzenie się w tej sytuacji niczego niezwykłego, Yaxley i mężczyzna nie utrzymywali nawet kontaktu wzrokowego, a jednak kobieta wyczuła, że coś nagle zaczyna się zmieniać. A właściwie nie coś, ktoś. Gdy po raz kolejny odwróciła głowę, ujrzała zupełnie innego mężczyznę, już nie starego i zgarbionego, ale młodego, opierającego się luźno o ścianę i kompletnie nie zwracającego na nią uwagi. Tym lepiej.
- Powiedziano mi, że zaopatrzenia w smocze składniki eliksirów powinnam szukać właśnie tutaj – oznajmiła niby od niechcenia, poprawiając nieco kaptur swojej szaty – Interesuje mnie kilka z nich.
Nie wiedziała, czy powinna dodawać, że nie zamierza nikogo skrzywdzić swoim eliksirem, w końcu różni ludzie mogli różnie reagować, a skoro była mowa o nie do końca legalnych zakupach… mężczyzna mógł pomyśleć sobie dosłownie wszystko. Corinne miała jednak wrażenie, że chociaż na nią nie patrzył, wiedział doskonale z kim miał do czynienia i jakiego typu człowiekiem była pani Yaxley.
 
   Podziel się na:  
Bartholomew Braqar
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-08, 15:14   

|Sory, że krótkie. Dopiero co ze szkoły wróciłem.

Byt spojrzał na kobietę poprawiając swoje robe. A więc chciała od Cienia dostać coś nielegalnego. Było to tak nielegalne, że sama wysoka inkwizycja zwana ministerium magii zainteresowałaby się tym zjawiskiem. Postać mężczyzny, w którego Cień się przemienił, obeszła dookoła osobę z którą miała przyjemność. Byt złapał się za podbródek i skupił się na postaci kobiety. Chciała jego uwagi, każdy z klientów chciał, jedni trochę mniej, drudzy trochę więcej. Tak naprawdę skupienie Bytu sięgało do własnych myśli w których szukał informacji na temat ostatnich nielegalnych sprzedaży minerałów alchemicznych. Trochę smoczych łusek Rogogona Węgierskiego, oko Chińskiego Ogniomiota czy bardzo rzadkiego smoka żółtego. Każdy alchemiczny, smoczy dodatek był nielegalny ze względu na ich siłę, ministerstwo szczególnie dba o dostęp do tych składników. Ale Byt wie skąd zdobyć składniki, jednak „receptura” ich zdobycia jest bardzo trudna. Dlatego okrążył jeszcze raz kobietę i w końcu wydał kolejne dźwięki dobiegające z jego ust.
- Mężczyzna mówi, składników nie ma. Jednak przysłowie mówi: Szukajcie, a znajdziecie.
Byt uśmiechnął się kpiąco i spojrzał na kobietę. Ciekawiła go jedna sprawa, która teraz zaprząta mu głowę. Chciał zapytać najdelikatniej kobietę w jakich okolicznościach chciałaby użyć tych składników, jednak to jest jej interes.
- Jeśli mężczyzna może zapytać: Po co zwykłemu alchemikowi potrzeba takich drogocennych i... nielegalnych towarów. Czy kryję się za tym jakaś większa... sprawa?
 
   Podziel się na:  
Corinne Yaxley
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-11, 17:43   

Ministerstwo Magii faktycznie mogłoby zainteresować się takimi handlarzami, ale w obecnych okolicznościach woleli tego nie robić, inaczej połowa ich pracowników trafiłaby na przesłuchania, a i uzdrowiciele z Munga mieliby się z czego tłumaczyć. Polityka zagraniczna pozostawiała wiele do życzenia, dlatego niektórzy musieli szukać innych sposobów na to, by dostać w swoje ręce składniki, które były im potrzebne. Znacznie szybciej i sprawniej załatwiało się interesy w ciemnych uliczkach Nokturnu, niż oficjalną drogą, czyli legalnie.
Corinne ani przez chwile się nie zawahała, sproszkowane pazury chińskiego ogniomiota były jej naprawdę potrzebne, jeśli ktoś przyłapałby ją na gorącym uczynku to jej rodzina na pewno zapłaciłaby za jego milczenie, oferując wysoki datek lub sponsorując przebudowę kolejnego skrzydła jakiejś państwowej instytucji. Tak działał ten świat.
Czarownica nie czuła się ani trochę stremowana dziwnym zachowaniem mężczyzny,przecież okoliczności ich spotkania też nie były znowu takie zwyczajne.
- Szukam sproszkowanych pazurów chińskiego ogniomiota - odpowiedziała więc, tonem spokojnym i cierpliwym, nie odwracając nawet głowy w kierunku swojego rozmówcy - Zapłacę, a ta rozmowa pozostanie między nami - zapewniła, choć handlarz wiedział to już doskonale.
Prychnęła cicho w momencie, gdy nazwał ją zwykłym alchemikiem. Nie było sensu się spierać, nie widziała też potrzeby przedstawiania mu swojej osoby. Jedyne, czego teraz pragnęła, to transakcja dochodząca do skutku.
- Nikogo nie skrzywdzę, nie ja jestem od wydawania wyroków - oznajmiła - Pracuję nad czymś, co pomoże niektórym... istotom stać się mniej niebezpiecznymi dla społeczeństwa.
Głos nawet jej nie zadrżał, nie kłamała przecież i nieznajomy musiał to doskonale wyczuwać. Nie musiała mu się spowiadać, dlatego też nie powiedziała nic więcej, spojrzała za to wyczekująco na swojego kompana, właściwie po raz pierwszy od momentu ich spotkania.
 
   Podziel się na:  
Anneliese H. Diggory



She is the darkness to your light.

właścicielka Dziurawego Kotła

20

czysta

żona Ministra Magii







11

latający samochód, Eliksir Nieprzeniknionej Mgły (4szt), bezoar (1x), oklumencja, zdolność przywołania Patronusa, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności x3

Wysłany: 2014-11-09, 18:54   
   Mów mi: Kamiś
   Multikonta: Adaś, Max, Cedric


[początek]
Od ostatniej narady u Mistrza minęło trochę czasu. Wiedziała już jakie zadanie ma do wykonania, a najgorsze w tym wszystkim było, że było z tym trochę grzebania. Musiała być niesamowicie ostrożna by przypadkiem nikt nie nabrał zbędnych podejrzeń. Jak najszybciej chciała zapomnieć o tamtych wydarzeniach które tak zirytowały Czarnego Pana, że aż musiał pozbawić życia tamtą dziennikarkę. Nie, żeby przejęła się losem tej półkrwi czarownicy, ale to dało jej ostrzeżenie, że jeśli niczego nie zrobią... tak naprawdę może spotkać ich ten sam los. W dodatku wszystko szlag trafiło kiedy Ministerstwo również zaczęło się nią interesować i co chwilę musiała przychodzić na jakieś zbędne przesłuchania, na których mówiła ciągle to samo. Ciągle padały te same pytania, ciągle padały te same odpowiedzi. Zastanawiała się, kiedy im się to znudzi, to ciągłe drążenie tematu. Jej już było ciężko grać niewiniątko, które nic nie wiedziało o zamieszkach w lodziarni.
Westchnęła ciężko przemykając przez uliczki Nokturnu w postaci czarnego kota. Szukała zainteresowanych wspomaganiem Czarnego Pana ale na teraz już po prostu chciała wrócić do siebie i trochę odpocząć. Przemyśleć to wszystko. Wbiegając w jedną z ciemniejszych uliczek dopiero teraz przemieniła się w swoją ludzką postać. Otrzepała swoją szatę, dopiero po chwili rozglądając się dookoła czy przypadkiem nikt tego nie widział. Ruszyła wolno, zakładając jednocześnie kaptur na głowę, tak jakoś czuła się bezpieczniej, wtapiając się w mrok uliczki.
Już chciała zrobić pierwszy krok, kiedy poczuła jak ktoś właśnie ciągnie ją początkowo za kaptur a potem za ramię. Rozszerzyła ze strachu oczy, początkowo nie wydając z siebie żadnego odgłosu. Poczuła jak ktoś przydusza ją do zimnej ściany. Czuła jak zimne palce zaciskają się na jej szyi.
- Zostaw mnie - warknęła, próbując się wyszarpnąć, ale mężczyzna - przynajmniej tak obstawiała, był silniejszy i nic sobie nie zrobił z jej groźby. Cóż, nie chciał delikatnie, to dostanie mocniej. Pierwsze co przyszło jej do głowy to zwykłe szarpnie w którym uderzyła kolesia prosto w krocze z kolana, ale chyba musiała nie trafić. - Zostaw mnie, bo zacznę krzyczeć! - pisnęła, dopiero po chwili czując jak wpija jej się w usta gwałtownym pocałunkiem i wkłada ręce pod jej szatę.
_________________

Ann Diggory - Carrow
⋆ Some people are just born to fight, I think. ⋆

☇ I’m tired of the waitin', for the end off all days. Desert is callin',the emptiness of space. The hunger of a lion is written on your face. Never go back to your world. I need a new direction, 'cause I lost my way.⊱
 
 
   Podziel się na:  
Alistair Carrow



The path is clear for us to rule.

Minister Magii

36

Czysta

Żonaty







740

różdżka, zdolność przywołania Patronusa, Eliksir Nieprzeniknionej Mgły (3szt), omnikulary, teleportacja łączna, dwukierunkowe lusterko

Wysłany: 2014-11-09, 19:42   
   Multikonta: L. Jones, W. Bagman, D. Fawley


/jakiś czas po spotkaniu z panią Minister.

Alistair wracał ze swojego ulubionego sklepu na Nokturnie. Alistair był nietypowym facetem. Kochał zakupy! Oczywiście jeśli chodziło o zakupy dotyczące czegoś, co mogłoby zadać krzywdę innym, wtedy jak najbardziej je lubił. Jednak niestety dziś nic ciekawego nie zakupił, w sumie może to i lepiej i tak miał zaległości z czytaniem ksiąg i testowaniem rzeczy, które ostatnio zakupił.
Wracając z Borgin & Burkes szedł w stronę pokątnej, a stamtąd planował się już wynieść. Jednak przechodząc niedaleko jednej z uliczek, usłyszał krzyki. Zazwyczaj nie zwróciłby na to uwagi, po prostu miałby to gdzieś. Ale poznawał ten głos.
- Reducto
Wyciągnął swoja różdżkę i ogłuszył przeciwnika, zanim ten w ogóle zdążył się zorientować, że nie są tam sami. Nie używał czarnej magii publicznie, nawet na Nokturnie. Miał wizerunek, o który musiał dbać. Schował różdżkę i spojrzał na Ann.
- Nie ma za co.
Uśmiechnął się, nei był typowym rycerzem, który ratował damę w tarapatach, więc Ann nie miała co liczyć na troskę z jego strony. Ogłuszył przeciwnika, dając jej przewagę, teraz niech sobie robi co chce.
_________________
alistair carrow
baby, i'm a sociopath, sweet serial killer on a warpath. i left a love note said you know i love the thrill of the rush. my black fire's burning bright maybe I'll go out tonight, we can paint the town in black.

@marclévy ≈ vous revoir › © alaska.

 
   Podziel się na:  
Anneliese H. Diggory



She is the darkness to your light.

właścicielka Dziurawego Kotła

20

czysta

żona Ministra Magii







11

latający samochód, Eliksir Nieprzeniknionej Mgły (4szt), bezoar (1x), oklumencja, zdolność przywołania Patronusa, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności x3

Wysłany: 2014-11-09, 20:40   
   Mów mi: Kamiś
   Multikonta: Adaś, Max, Cedric


Czy ona zawsze musiała wpadać w jakieś kłopoty? Naprawdę chciała spokojnie wrócić do domu, i nawet nie przewidziała, że w takiej uliczce może ją napaść jakiś napalony czarodziej. I najprawdopodobniej schlany do granic możliwości bo naprawdę cuchnęło od niego mocno Ognistą. Powinna sobie z takim poradzić bez problemu, ale zmroził ją strach, kiedy zaczął się do niej dobierać i przystawiać. Nie była sobie w stanie z tym poradzić, że jakiś obcy mężczyzna zaczynał ją dotykać i że w sumie to nie był Carrow. Tylko Alistair miał na to pozwolenie, dlatego natychmiast czuła jak robiło jej się słabo na samą myśl.
Musiała jednak coś zrobić, dlatego tak się szarpała, choć raz poczuła jak mocno chwyta ją za gardło i uderza głową o ścianę. Bolało, ale uścisk zelżał nagle, a ona gdzieś w tle słyszała wypowiadane zaklęcie. Mogła odetchnąć z ulgą. Stojąc na trzęsących się nogach, poprawiła swoją szatę. Była w totalnej rozsypce, że aż musiała wytrzeć łzy spływające po policzkach. Naprawdę, dawno tak nikt jej nie doprowadził właśnie do takiego stanu.
- Dziękuję - ledwo zdołała z siebie cokolwiek wydusić, a głos wciąż jej jeszcze drżał. Wciąż nie spoglądała na Carrowa. Ostatni raz widzieli się na zebraniu u Czarnego Pana, ale nawet nie zamienili ze sobą ani jednego zdania. Czuła jak z każdą sekundą robi się co raz bladsza. Dlatego nawet schowała dłonie do kieszeni szaty, próbując jakoś się uspokoić. Choć dopiero po chwili podeszła do niego, wspięła się na palce i musnęła jego policzek. Tak na dzień dobry i w podziękowaniu. - Gdybyś nie ty...naprawdę... nie wiem co bym zrobiła.. - jęknęła, spoglądając jeszcze zlękniona na leżące ciało mężczyzny.
_________________

Ann Diggory - Carrow
⋆ Some people are just born to fight, I think. ⋆

☇ I’m tired of the waitin', for the end off all days. Desert is callin',the emptiness of space. The hunger of a lion is written on your face. Never go back to your world. I need a new direction, 'cause I lost my way.⊱
 
 
   Podziel się na:  
Alistair Carrow



The path is clear for us to rule.

Minister Magii

36

Czysta

Żonaty







740

różdżka, zdolność przywołania Patronusa, Eliksir Nieprzeniknionej Mgły (3szt), omnikulary, teleportacja łączna, dwukierunkowe lusterko

Wysłany: 2014-11-09, 21:23   
   Multikonta: L. Jones, W. Bagman, D. Fawley


- Prawdopodobnie nic byś nie zrobiła...
Nie ma jak to bezpośredniość Alistaira. No ale taka prawda, dziewczyna dała, by sparaliżował ją strach. Nie zrobiłaby nic i wszyscy dobrze wiemy jakby się to potoczyło. Alistair spojrzał na nią i wzruszył lekko ramionami. Widział jak się dziewczyna trzęsie. Nie odczuwał czegoś takiego jak troska czy zmartwienie się o drugą osobę, ale nie chciał by dziewczyna mu się tu rozsypała, bo nie miał ochoty na pocieszanie kogoś, nigdy nie był w tym dobry. Objął dziewczynę ramieniem i przeniósł ich deportacją do biblioteki, znajdującej się w jego domu. Okrył ramiona dziewczyny kocem i wyjął różdżkę, a z niej wystrzelił lekki strumień ognia, sprawiając że w kominku podpaliło się leżące tam drewno. Nawet w ogóle nie spytał się, czy dziewczyna chce do niego przyjść. Ale sądził, że nie chciała być dłużej na Nokturnie.
- Napijesz się czegoś?
Spytał i kolejne zaklęcie, które sprzątnęło walające się książki i leżące na ziemi kartki papieru.


/zt x2
_________________
alistair carrow
baby, i'm a sociopath, sweet serial killer on a warpath. i left a love note said you know i love the thrill of the rush. my black fire's burning bright maybe I'll go out tonight, we can paint the town in black.

@marclévy ≈ vous revoir › © alaska.

 
   Podziel się na:  
Maeve Rosier
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-12, 21:54   

/ zgodnie z obecnym czasem, ze szpitala!

Powoli odzyskiwała swój spokój. Rutyna dnia codziennego pozytywnie na nią wpływała, wiedziała co się zdarzy przed pracą, co po niej, czasami tylko pacjenci ją zaskakiwali, ale że było to codzienne wykonywanie swojej pracy właśnie jako pracy, to żadnych niespodzianek w jej życiu już nie było. I dzięki Merlinowi, miała doskonałą okazję do tego by się wyciszyć i jako że wymazanie z pamięci wydarzeń sylwestrowego wieczora było niemożliwe, zapanować nad swoimi emocjami i ponownie zdusić je w sobie. By nie dochodziło do tak nieprzyjemnych sytuacji, jaka miała miejsca w St. James Park, chociażby. Jeszcze nigdy nie była w takim stanie i kiedy tylko przypominała sobie o tym, jak bardzo niemile potraktowała mężczyznę, który naprawdę chciał jej pomóc, to czuła rumieńce zażenowania rozchodzące się po twarzy. Gdyby tylko miała okazję, zapewne podeszłaby do niego i chociażby w kilku zdawkowych słowach przeprosiła za swoje zachowanie. Nie miała jednak go jak szukać, zwłaszcza, że najpewniej był mugolem, co automatycznie czyniło go niemożliwym do odnalezienia.
Nie mogąc nic z tą sprawą zrobić, postanowiła również skazać ją na zapomnienie. Albo potraktować jako czynnik, który pomógł jej przestać robić z siebie furiatkę, wydzierającą się na niewinnych ludzi z byle powodu. Mężczyzna, chyba przedstawił się jako Victor, chciał jej w końcu tylko pomóc. Pomóc, czyli zrobić coś, czego nie mogła oczekiwać od żadnej osoby w jej najbliższym otoczeniu. Westchnęła głęboko na wspomnienie całej sceny, po raz kolejny wypominając sobie swoją głupotę. Gdyby nie ona, może miałaby okazję poznać kogoś miłego, Victor sprawiał raczej pozytywne wrażenie.
Z tego typu myślami szykowała się do wyjścia ze szpitala. Prawie dwie godziny później niż przewidywała to jej zmiana, a to wszystko z powodu pacjenta, który dosłownie pięć minut przed końcem jej dyżuru dostał nieoczekiwanych drgawek. Razem z uzdrowicielem i po konsultacji z alchemikiem spędziła trochę czasu na podanie mu odpowiedniego eliksiru, czy też raczej mieszanki eliksirów, po podaniu której wszystko wróciło do względnej normy. Po wszystkim pomogła jeszcze koleżance roznosić kolację na oddziale dziecięcym i dopiero wtedy była całkowicie wolna.
Nie wróciła jednak do domu. Miała jeszcze do załatwienia jedną sprawę, dlatego przeniosła się do Dziurawego Kotła, by wejść na ulicę Pokątną i stamtąd udać się na Nokturn. Teoretycznie rzecz biorąc nie powinna tutaj przychodzić, na pewno nie sama, a już na pewno nie sama i o tej godzinie, kiedy na zewnątrz jest już ciemno. Ale musiała to załatwić dzisiaj. Rośliny, które hodowała w pokoju, dręczył jakiś dziwny pasożyt, z którym nie potrafiła poradzić sobie sama. Wiedziała za to, że na Nokturnie na pewno znajdzie sklep z odpowiednim specyfikiem na to schorzenie. Nie mogła zwlekać już ani dnia dłużej, bo łodygi zaczynały wysychać, co zapowiadało prawdziwą tragedię. Dlatego też mocno zmotywowana wkroczyła na ulicę, na której nie powinno jej być… i już wkrótce miała tego żałować.
Ku jej zaskoczeniu, dość szybko znalazła to, czego szukała. Przynajmniej tak myślała, mężczyzna, który sprzedał jej cudowną miksturę zarzekał się na wszystkie świętości, że to pomoże, więc postanowiła mu zaufać. I szybko się stąd zmywać, bowiem wyczuwała na sobie nieprzyjemne spojrzenia, chyba ubrała się zbyt porządnie jak na taki wypad. Wśród tych ludzi za bardzo zwraca na siebie uwagę, nie pomyślała o tym. Z lekkim niepokojem zaczęła dość szybkim krokiem zmierzać w kierunku wyjścia. W ostatniej bocznej uliczce, po przejściu której mogłaby spokojnie udać się do dworku Selwynów (naprawdę żałowała, że zgodziła się tam zamieszkać), zauważyła stojącą pod ścianą zgarbioną sylwetkę. Nie powinna się tym przejąć, uliczka jak każda inna, każdy miał prawo w niej stać, ale z każdym kolejnym krokiem jej niepokój się nasilał. Przycisnęła torebkę do boku i niemalże wstrzymała oddech, uparcie patrząc tylko przed siebie, kiedy przechodziła obok zakapturzonej postaci.
Hej, tak szybko opuszczasz Nokturn? – dotarł do niej ochrypły męski głos. Nie miała wątpliwości, do kogo skierowane były te słowa, w końcu oprócz niej nie przechodził tędy nikt inny, ale to nie one przestraszyły ją najbardziej. Bardziej zastanawiało ją skąd on mógł wiedzieć, ile tu była? Śledził ją? Chciała zignorować mężczyznę i w tym celu przyspieszyła kroku, ale już po chwili poczuła jak ktoś mocno łapie ją za przedramię. Znowu on. – Spokojnie, chciałem tylko zerknąć do twojej torebki – powiedział, przyciągając ją do siebie. Poczuła obrzydliwy smród potu, przetrawionego alkoholu, mugolskich papierosów i jakiejś dziwnej stęchlizny.
Proszę mnie puścić – wydusiła, szarpiąc się, by wyrwać się z jego uścisku i jednocześnie drugą ręką próbując wyciągnąć różdżkę. I choć co prawda w końcu jej się to udało, to już po chwili poczuła, jak mocno uderza plecami w ścianę, a nieznajomy przylega do niej, nie pozwalając złapać straconego oddechu. W ten sposób została pozbawiona jedynej rzeczy, która mogłaby jej pomóc w tym starciu, jeszcze przez chwilę słyszała, jak drewno obija się o chodnik.
Nic z tego, laleczko – syknął mężczyzna, a po chwili nawet przed płaszcz poczuła, jak dźga ją różdżką między żebra borze, ale to brzmi xddd. – Takie ładne i zadbane panienki nie powinny pojawiać się tu same. Nie masz może za ciężkiej tej torebki? Chętnie pomogę ci ją potrzymać. – Maeve poczuła, jak jej oprawca szybkim i mocnym szarpnięciem wyrywa jej torebkę z ręki. A ona nic nie mogła na to poradzić, była zbyt słaba, żeby mu się postawić. Bez różdżki nie mogła nic mu zrobić, czuła się całkowicie bezsilna i bezbronna. I sparaliżowana ze strachu. Mogła się tylko modlić, żeby teraz, skoro ma torebkę, już sobie stąd poszedł. – A może masz coś dla mnie ciekawego pod tym płaszczem, hm? – usłyszała po chwili, co momentalnie zmroziło jej krew w żyłach. Co miał na myśli mówiąc „pod płaszczem”?
 
   Podziel się na:  
Victor Blythe
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-13, 19:13   

|kiedyś tam, kilka dni po wszystkich poprzednich grach, jak wynika z postu z mieszkania
Pierwszy tydzień stycznia nie wyglądał zaskakująco, jak na początek kolejnego rozdziału w moim życiu. Jak na bezrobotnego przystało całe dnie spacerowałem po mugolskiej i czarodziejskiej części miasta, szukając czegokolwiek, czym mógłbym się zająć. Wszędzie słyszałem te same zdania, zauważając kolejne podobieństwo pomiędzy dwoma światami. Obie jego części były beznadziejne w składaniu obietnic, których za wszelką cenę nie zamierzały dotrzymać. Nie traciłem jednak nadziei, wprawdzie pieniądze jeszcze mi się nie kończyły (ostatnia wizyta w Gringottcie mnie w tym utwierdziła), powoli ogarniała mnie kolejna porcja nudy tak wielkiej, że nie potrafiłem już znaleźć sobie miejsca we własnym domu. Kanapa nagle stała się niewygodna, domowy zwierzak zbyt upierdliwy a widok zza okna monotonny jak nigdy. Z każdym dniem zaczynałem mieć wrażenie, że duszę się w czterech ścianach i nawet kilkugodzinne spacery nie mogły pomóc mi w żaden sposób odciągnąć myśli od tego, jak kiepsko pokierowałem swoje życie. Kiedy większość o 12 siedziała w Ministerstwie dbając o świat czarodziejów, zarabiając pieniądze leczeniem ludzi w Mungu czy chociażby obsługując klientów na Pokątnej, ja podnosiłem się z łóżka zaspany z wizją kolejnego dnia, który zmarnuję na szukaniu choćby kilkugodzinnej pracy. Nie żebym specjalnie narzekał na taki tryb życia – w większości niezmiernie podobał mi się fakt, iż jestem wolny od jakichkolwiek zobowiązań związanych z koniecznością stałej pracy, posiadania rodziny czy nawet nauki, od której zakończenia minęło trochę czasu. W ciągu ostatnich kilku dni, kiedy to wydarzył się tak naprawdę jeden godny uwagi epizod, zaczynałem twierdzić, iż mogłem postarać się bardziej. I, co z bólem przyznawałem, moi rodzice mieli rację faworyzując Gastona i pokazując, że ze swoim uparciem i nieustanną chęcią stawania na przekór wszystkim prawom nie zajdę daleko.
Po incydencie na Trafalgar Square i przesłuchaniu (o których to już dawno zdążyłem zapomnieć, po raz kolejny zagłębiając się w lekturę jednego z moich ulubionych mugolskich pisarzy) nie nastąpiło nic przełomowego. A przynajmniej nie do pewnego styczniowego popołudnia, gdy z dobrymi chęciami, otwartym sercem i zapałem do sprawienia przyjemności innym wyszedłem do parku, wciągając się z bitwę na śnieżki z grupką mugolskich dzieci. Nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie fakt, że po tym wszystkim zostałem oskarżony o bycie fałszywym bohaterem, któremu zależy tylko i wyłącznie na wywarciu wrażenia na kolejnej (podkreślam, kolejnej!) kobiecie ratując ją z opresji oraz zdobyciu uznania przez swój niezwykle szlachetny czyn. Następnie zaś wysłuchałem przelania na mnie wszelkich zarzutów odnośnie płci męskiej, aby bez jakiejkolwiek możliwości wytłumaczenia się czy, chociażby, powtórzenia po raz kolejny przeprosin zostać porzuconym na środku trawnika z wielkim uczuciem skonsternowania. Nie chodziło nawet o to, że jej słowa mnie zabolały, bo w ogóle tak nie było. Nie poczułem się urażony dobrze wiedząc, iż żaden z zarzutów przedstawionych mi przez dziewczynę nie były prawdziwe i nie miały żadnego poparcia w życiu codziennym. Jeśli mam być szczery, przez dość długi czas byłem w związku jedynie ze swoją gitarą, a i ona nie sprawiała, że rzesze czarownic lgnęły do mnie jak ćmy do światła (nie żebym o to prosił, tak tylko przeszło mi to przez myśl wspominając słowa nieznajomej). W każdym bądź razie, kiedy każde z nich dostatecznie głęboko uderzyło w moje serce (nie, wcale nie uderzyło) roześmiałem się nie tylko z niej, w końcu nie byłem chamem, aby wyśmiewać czyjeś poglądy (nawet te najbardziej radykalne, mające w sobie nutkę dyskryminacji) ale i z całej tej dziwnej sytuacji, która szczerze mówiąc poprawiła mi humor. Wróciłem więc do domu, trochę zasmucony tym, iż nie było mi dane udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi na jej słowa, ale i względnie zadowolony.
Chociaż od całego wydarzenia minęło kilka dni wciąż pamiętałem zarówno tamte słowa jak i twarz dziewczyny i gdyby nie był to Londyn, miasto zamieszkałe przez prawie siedem milionów osób, zacząłbym kierować się nadzieją na to, iż uda mi się ją spotkać i w trochę przyjaźniejszych nastrojach dokończyć nasze spotkanie, które zakończyła dość nagle i przytupem.
Nie wiem czemu zebrało mi się na wspominanie tego popołudnia, z którego poza złamanym sercem i urażoną męską dumą (oczywiście żartuję), wyszedłem z bólem głowy i guzem, który na szczęście udało mi się zlikwidować. Chyba nuda ogarniała mnie już tak bardzo, że wpatrując się w gołe konary drzew za oknem przestałem wierzyć w to, że tego dnia wydarzy się coś jeszcze. Wtedy właśnie prze otwarte okno wleciała sowa, która usiadła na oparciu mojego fotela dość ostentacyjnie ignorując obecność kocura, który przyglądał jej się z błyskiem w oku. Wyciągnęła nóżkę, do której przywiązany był zwój pergaminu zawierający dość treściwą i zrozumiałą informację. Dostałem pracę. Nie tylko na ten wieczór, ale i na każdy następny tak długo, aż mój repertuar nie znudzi się czy to gościom czy właścicielom jednego z barów na Pokątnej. Napisałem szybko odpowiedź, nakarmiłem sowę i po dwudziestu minutach wychodziłem z Dziurawego Kotła na uliczkę, z gitarą w ręku i wizją zarobienia dodatkowych pieniędzy. Chociaż nie chodziło tylko o to – nie byłem żadnym materialistą i większą przyjemność sprawiała mi myśl, że wreszcie miałem okazję ruszyć się z domu i zrobić użytek ze swojego talentu.
Przechodziłem właśnie obok wejścia na Nokturn, na który szczerze mówiąc nie lubiłem się zapuszczać, kiedy dotarł do mnie odgłos szamotaniny. Nie zastanawiając się po raz kolejny (owa dziewczyna nie byłaby zadowolona wiedząc, że po raz kolejny robię z siebie bohatera) ruszyłem w tamtą stronę, prawą ręką wyciągając różdżkę (w lewej wciąż trzymałem futerał z gitarą). Kiedy moim oczom ukazał się widok mężczyzny, który przyciskał do ściany dziewczynę, jak zdążyłem się zorientować. Szczerze mówiąc nie byłem zdziwiony – o tej porze i na tej uliczce spotkać można było wiele niezbyt przyjaznych osobowości i na pewno nie było to miejsce, w które powinny się zapuszczać samotne dziewczęta. Wyciągnąłem swoją niezawodną różdżkę podchodząc bliżej i dostrzegając, że w dłoni mężczyzny widnieje damska torebka, która na pewno nie należała do niego.
- Incarcerous – krzyknąłem, a w stronę podejrzanego mężczyzny wystrzeliła lina, która szybko i zgrabnie oplotła jego ciało. Jeszcze zanim przewrócił się na ziemię, skrępowany i niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, wyrwałem mu torebkę z ręki, chwytając jego ofiarę za ramię i odciągając dalej, bliżej światła padającego z Pokątnej. Stanąłem do niej przodem, wyciągając w jej stronę dłoń i podnosząc spojrzenie na jej twarz. Gdy moje oczy oceniły, z kim mam przyjemność się spotykać i kogo tym razem mogę ratować, zamarłem w wyrazie nagłego zdziwienia na mojej twarzy. Przede mną stała ta sama dziewczyna, która jeszcze kilka dni temu nie szczędziła słów, aby wyrazić oburzenie odnośnie szczerych chęci pomocy. Wyglądała na przestraszoną, a ja sam odsunąłem się o krok, nie chcąc ograniczać jej miejsca, gdybym i tym razem miał usłyszeć to wszystko (a może nawet jeszcze więcej) co przy pierwszym spotkaniu.
- Zanim zaczniesz znowu denerwować się za to, że cie uratowałem, wiedz, że jeszcze mogę cię tu z nim zostawić – powiedziałem, wskazując różdżką na wijącego się na ziemi i klnącego pod nosem mężczyznę, uśmiechając się do niej chcąc dać jednocześnie żart, że w żadnym wypadku nie zamierzałem tego cofać. Nie mówiłem nic więcej jedynie przyglądając się jej z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy, uśmiechem na ustach i świadomością, że prawdopodobnie w tej chwili przepada moja szansa za zrobienie wielkiej muzycznej kariery w świecie czarodziejów. A przynajmniej zarobienia trochę pieniędzy, bo jeśli chodzi o wrażenia spodziewałem się, że zdecydowanie więcej przysporzy mi ich stojąca przede mną niewielka osóbka.
 
   Podziel się na:  
Maeve Rosier
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-13, 22:17   

Zdecydowanie nie powinna szczycić się tym, że potrafi myśleć rozsądnie w każdej sytuacji, ponieważ zawsze (zazwyczaj) jest w stanie panować nas swoimi emocjami. Na pewno dała temu piękny wyraz, kiedy wieczorem samotnie wybrała się na Nokturn tylko po to, by uratować swoje rośliny. To zdecydowanie nie było warte narażania swojego zdrowia i bezpieczeństwa. Choć z drugiej strony właściwie było. Jej niewielka kolekcja ziół należała chyba do jedynych istot żywych w dworku Selwynów, od których nie spotkała ją żadna nieprzyjemność. Ich pielęgnowanie sprawiało jej dużą przyjemność, a widok zdrowych liści i łodyg nawet poprawiał humor. Miło było widzieć, że jej wysiłek nie idzie na marne i rośliny pięknie rosną, przynajmniej im mogła być potrzebna. Dlatego też autentycznie zasmuciła się, kiedy dostrzegła, że zamiast być zielone i dorodne, brązowieją i usychają. Naprawdę desperacko chciała je ratować, gdyby je straciła, zostałaby już zupełnie sama. Nie miałaby komu pochwalić się o dobrych wydarzeniach, jakie jej się przytrafiły, czy ponarzekać trochę na współpracowników lub pacjentów. Rośliny były znakomitymi słuchaczami, nie wchodziły w słowo i pozwalały się wygadać do woli. Prawdopodobnie mogłoby być niezręcznie, gdyby ktoś odkrył, jak dzieli się z kwiatkiem opowieścią o dniu w pracy, ale do tej pory, całe szczęście, nic takiego nie miało miejsca. Zazwyczaj nikt jej nie przeszkadzał, kiedy siedziała zamknięta w pokoju.
Niewykluczone jednak, że wszystko mogła załatwić inaczej. Na przykład poprosić kogoś, żeby się tam wybrał za nią z rana (choć to dość niezręczne, nie chciała nikogo zmuszać do wycieczek na Nokturn), albo dogadać się z przełożonym, że spóźni się na poranną zmianę. Albo w ogóle zapisać się na drugą zmianę, tak chyba byłoby najlepiej. Ale nie, musiała wybrać się samotnie na jedną z najbardziej niebezpiecznych ulic w Londynie późniejszym wieczorem. Chyba zwyczajnie prosiła się o kłopoty, zdecydowanie zbyt mało miała ich teraz w życiu i musiała doszukać się kolejnych.
Pewnie westchnęłaby nad swoją głupotą, gdyby nie fakt, że miała problemy z łapaniem powietrza, tak była przerażona. Naturalnie zdawała sobie sprawę z tego, że przychodząc na Nokturn naraża się na kradzież lub inne nieprzyjemności, ale jednocześnie nie wyobrażała siebie w roli ofiary. To znaczy, miała fałszywe poczucie bezpieczeństwa i nietykalności. Przecież rzadko kiedy naraża się na takie rzeczy, na pewno nie spotka jej nic złego. Cóż, zdecydowanie bardzo się przeliczyła.
Nie miała pojęcia, jak mogłaby się bronić przed mężczyzną, który nie dość, że przyciska ją do ściany, uniemożliwiając jakikolwiek ruch, to jeszcze trzyma różdżkę tuż przy jej ciele, co jest wyraźną groźbą. Maeve, jeszcze nigdy nie będąc postawioną w takiej sytuacji, niemalże dusiła się ze strachu. Wyraźnie słyszała, jak mocno wali jej serce, a ciało oblewa się zimnym potem. Była absolutnie przerażona, co pewnie napastnik mógł doskonale dostrzec. Chciała się odezwać, chciała krzyknąć, ale kiedy tylko otworzyła usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Za to chyba poczuła spływającą po policzku łzę.
Biżuteria, dziewczyno, czy masz na sobie jakieś złoto? A może chcesz, żebym sam sprawdził? – syknął jej do ucha mężczyzna. Rosierówna nie zdołała odpowiedzieć (choć nie była nawet pewna, czy dałaby radę), gdyż właśnie w tamtym momencie z końca uliczki dotarł do niej inny męski głos, a jej napastnik po chwili leżał związany na ziemi. Ona sama została pociągnięta za ramię w stronę latarnianego światła.
Ulga, jaka ją ogarnęła, była naprawdę ogromna, ale w dalszym ciągu była roztrzęsiona. Jednak kiedy spojrzała na swojego wybawcę, znieruchomiała.
Victor.
Cóż, los był naprawdę przewrotny, skoro kiedy po raz pierwszy (i drugi) od dawna znajdowała się w potrzebie, z pomocą ruszał jej akurat ten mężczyzna. Również przyglądała mu się ze zdziwieniem, ale w przeciwieństwie do niego, chwilę później wcale się nie uśmiechała. Jej mina raczej mówiła o tym, że ma wielką ochotę się rozpłakać.
Nie zostawiaj mnie tu – wydusiła z siebie, a następnie, zanim jeszcze dokładnie przemyślała, co chce zrobić, przytuliła się do mężczyzny. Mocno, ściskając jego kurtkę w palcach z całej siły i wtulając twarz w jego klatkę piersiową. Zaciągnęła się zapachem Victora, by jak najszybciej wyrzucić z pamięci ten, który należał do jej napastnika. Victor pachniał przyjemnie, wiatrem i lekką miętową nutą, półsłodko, odprężająco i jakoś dziwnie bezpiecznie. Nie zmieniło to jednak faktu, że Maeve w dalszym ciągu cała drżała, ledwo hamując się, żeby nie zanieść się płaczem. Nie zastanawiała się, czy Victor w ogóle życzy sobie, by się do niego aż tak zbliżała. Potrzebowała poczuć się bezpiecznie, wiedzieć, że już nic jej nie grozi, a kto mógł lepiej ją o tym zapewnić niż mężczyzna, który ją uratował? – Różdżka – bąknęła cicho po dłuższej chwili, przypominając sobie, że jej różdżka leży dalej na chodniku, zapewne gdzieś w pobliżu związanego napastnika. Nie chciała już więcej się do niego zbliżać.
 
   Podziel się na:  
Victor Blythe
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-14, 23:05   

Po raz kolejny miałem okazję przekonać się, jak bardzo życie potrafi człowieka zaskoczyć. Nawet mnie, człowieka znudzonego, pozbawionego pracy i, co gorsza, bez jakichkolwiek większych perspektyw na przyszłość. Może nie myślałem jeszcze o tym, że z każdym dniem starzeję się coraz bardziej i zamiast przybywać czasu, ten zaczyna się skracać, ale niewątpliwie miałem świadomość, jak wiele go ostatnio marnuję. I proszę, nagle, jakby ktoś rzucił na ten tydzień jakiś urok, obfituje on w wydarzenia, które jak najbardziej nie pozwalają się nudzić. Nawet pomimo małej przerwy, kiedy myślałem, że znów utknąłem w czarnej dziurze, która wciąga mnie w jedną wielką nicość, stan zawieszenia pomiędzy byciem a nie byciem, okazywało się, że wszechświat wcale o mnie nie zapomniał. I że w rzeczywistości nie jest aż tak leniwy, jak można by się spodziewać, skoro szykował dla mnie niespodziankę w postaci ponownego wcielenia się w rolę bohatera.
Chyba powinienem naprawdę zacząć wierzyć w przeznaczenie, bo gdyby nie ona zapewne nigdy nie znalazłbym się w miejscu, w którym się znalazłem. Mogłem wybrać krótszą drogę do baru, ale ze względu na odrobinę czasu, który wyjątkowo udało mi się zaoszczędzić, poszedłem naokoło. Zupełnie przypadkiem przechodząc obok alejki, w której miało spotkać mnie kolejne już zaskoczenie.
Pamiętam, że o podobnej rzeczy myślałem gdy dowiedziałem się, że Ariadna była czarownicą. Po raz kolejny mogłem z całą pewnością stwierdzić, jak frustrująca jest ta niewiedza, gdy spotyka się czarodzieja w miejscu typowym dla mugoli. Rozpoznanie się jest więc niemal niemożliwe, zwłaszcza gdy dość dobrze zachowuje się wszelkie środki bezpieczeństwa, jak na przykład nie wyciąganie różdżki przy pierwszej lepszej sytuacji, która na pierwszy rzut oka mogłaby tego wymagać. Nazywa się to chyba instynktem, który nie każdy jest w stanie pohamować. Nieskromnie mówiąc mi wychodziło to całkiem nieźle, biorąc pod uwagę fakt, że za czasów dzielenia domu z rodzicami i bratem musiałem odpuścić sobie używanie magii w domu. Może były to zaledwie dwa miesiące w ciągu każdego roku nauki, ale ty wystarczyło abym potrafił się bez niej obejść.
Najwyraźniej jednak nie byłem jednym, który potrafił wtopić się w tłum mugoli, ponieważ nieznajoma dziewczyna wypadła niezwykle przekonującą. Choć oczywiście nie twierdzę, że jej słowa zostały rzucone tak po prostu, dla ulepszenia swojego kamuflażu.
Muszę przyznać, że wchodząc w tą alejkę spodziewałem się wszystkiego. W tym świecie mogła wydarzyć się naprawdę każda nieprzyjemność. Powiedziałbym, że nic nie mogło mnie już zaskoczyć, ale chyba zbyt wyraźnie widać, iż nie jest to prawda. Tak czy owak to był Nokturn – przychodziły tam najbardziej podejrzane osobistości czarodziejskiego świata i może jedyną osobą, której nie spodziewałem się tam zobaczyć był sam Voldemort. Nie wykluczało to jednak pojawienia się kolejnej zgrai Śmierciożerców. Tak czy owak nie zamierzałem przejść obojętnie słysząc, że ktoś może potrzebować mojej pomocy. Wyglądało na to, iż byłem jedyną osobą w pobliżu, która mogłaby jej udzielić i nie ważne, że sam ściągnąłbym na siebie kłopoty. Poza tym, zawsze lepiej cierpieć z kimś, niż samemu, prawda?
To na szczęście zostało mi oszczędzone. Tak samo jak dziewczynie, która znalazła się w dość nieprzyjaznej sytuacji i dla której to wszystko mogło zakończyć się o wiele gorzej. Nie obchodziło mnie, co ten mężczyzna mógł od niej chcieć. Równie dobrze mogli jedynie rozmawiać, a ja i tak zachowałbym się tak samo. Wtedy jednak byłem w zupełności pewien, iż nie była to zwykła pogawędka. Facet stał zdecydowanie za blisko, trzymał w dłoniach damską torebkę i prezentował sobą widok klasy jeszcze niższej niż ta, w której znajdowałem się ja. Użycie pierwszego zaklęcia, które przyszło mi na myśl i które nie miało wyrządzić mu zbyt wielkiej krzywdy było instynktem, którego w tym wypadku i miejscu nie musiałem hamować.
Twarz dziewczyny mówiła sama za siebie. Nie chodziło już nawet o fakt, że wydała mi się w pewien sposób znajoma, choć miałem przyjemność spędzić w jej towarzystwie zaledwie kilka minut okraszonych poczuciem, iż moja obecność była tam zbędna i niezbyt mile widziana. Ona jednak wyglądała na przerażoną, gdy skrępowany mężczyzna przewrócił się na ziemię, a my stanęliśmy twarzą w twarz i mogłem przyjrzeć jej się jeszcze dokładniej.
Dobrze widziałem, że nie była do tego przyzwyczajona. Nie dziwiłem się jednak – w końcu nikt nie był, a już tym bardziej przedstawicielka płci pięknej. Nie zamierzałem jej oceniać, może miała ważny powód, aby przyjść na tą ulicę właśnie o tej porze. Musiałem jednak przyznać – było to nieodpowiedzialne. W dzień potrafiły dziać się tam dziwne rzeczy, ale noc była rajem dla podejrzanych typów czyhających na łatwą ofiarę, którą niestety musiała być ona. Mimo wszystko było mi jej szkoda, zwłaszcza że jej oczy świeciły się lekko i to nie tylko od światła lamp, które się w nich odbijało.
Chwilę po wypowiedzeniu tego jednego zdania zacząłem mieć przeczucie, że nie powinienem tego robić. Jej twarz wyraźnie sugerowała, iż nie jest to odpowiedni moment do żartów, a cztery słowa wypowiedziane cichym i słabym głosem jeszcze bardziej mnie w tym utwierdziły. Powinienem zapytać się, czy czegoś potrzebuje, jak się czuje i czy chce, abym chwilę z nią został, zamiast wypowiadać coś, co ona najwyraźniej potraktowała poważnie. Nie winiłem jej jednak - w takim stanie też nie odróżniłbym prawdy od nietaktownego żartu.
Zamierzałem zapewnić ją, że nigdy nie zamierzałem tego zrobić, kiedy przylgnęła do mnie, oplatając mój tułów ramionami i wtulając głowę w moją pierś. Kolejne wydarzenie, które niesamowicie mnie zaskoczyło. Tak mocno, że gitara wypadła mi z dłoni, w ręce bez zastanowienia objęły jej drobne ciało, odrobinę mocniej przyciskając do mojego. Szczerze mówiąc wtedy nie pomyślałem nawet o tym, iż w ogóle się nie znamy. Nie obchodził mnie też dźwięk łamanego drewna i pękających strun – jedno machnięcie różdżką, a instrument znów powróci do dawnej formy, nie pierwszy i nie ostatni raz. Ona mnie potrzebowała, w końcu sama zdecydowała się obdarzyć mnie zaufaniem i po prostu złamać pewne granice wyznaczone niepisanym prawem. A ja nie zamierzałem jej tego odbierać, skoro byłem, jak mi się zdawało, jedyną osobą w pobliżu, która mogła jej jakoś pomóc.
- Hej, nigdy nie zamierzałem cię tu zostawić – powiedziałem łagodnym głosem, zbyt wyraźnie czując, jak jej ciało drży. Było to dziwne uczucie, trzymać w ramionach zupełnie obcą osobę tak, jakby chciało się uchronić ją przed całym złem tego świata – Nie martw się o to – szepnąłem, słysząc wzmiankę o różdżce i przypominając sobie, iż w istocie leżała gdzieś na ziemi. Na chwilę odchyliłem dłoń, w której trzymałem własną broń – Accio – dodałem znów szeptem, aby po chwili poczuć jak chłodny kawałek drewna wsuwa się w moją dłoń. Wsunąłem ją do kieszeni płaszcza dziewczyny, ponownie skupiając się tylko na niej.
Nie trzymałem jej mocno – miała pełną swobodę ruchów i w każdej chwili mogła się odsunąć, gdyby tego potrzebowała. Mimo to moja, dłoń, w jakimś dziwnym odruchu, przesunęła się na jej głowę, gładząc delikatnie jej włosy. Miałem wrażenie, że traktuję ją jak dziecko, jednak w momentach takich jak tamten nie istniały takie ograniczenia. Chciałem jedynie, aby się uspokoiła, przestała trząść i była w stanie porozmawiać, jeśli będzie miała ochotę. Albo po prostu odejść. Dlatego właśnie nie odzywałem się już więcej, przesuwając dłoń delikatnie po włosach nieznajomej i dając jej czas.
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo






Grafikę na forum wykonała Seba pod okiem Daliena. Jej elementy zostały znalezione w internecie. Styl jest dziełem Curly, a kody zostały stworzone przez administrację, przy pomocy niektórych znalezionych w odmętach internetu. Nie kopiuj, zapytaj.