Nobody can save you now... Strona Główna



Poprzedni temat «» Następny temat
Hyde Park
Autor Wiadomość
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-08-30, 13:57   Hyde Park

Hyde Park



Hyde Park położony na obszarze 2,5 km² jest jednym z kilku parków królewskich w Londynie. Jezioro Serpentine dzieli park na dwie części. Hyde Park założony został w 1536 roku przez Henryka VIII, który pozyskał tutejsze grunty od mnichów z Opactwa Westminsterskiego. Większa część obiektów architektonicznych w parku zaprojektowana została w latach 20. XIX wieku przez Decimusa Burtona. W Hyde Park znajduje się miejsce w którym każdy może wyrazić swe poglądy, niezależnie od ich znaczenia, przemawiali tam m.in. Karol Marks i Włodzimierz Lenin.
 
   Podziel się na:  
Michael Buckner
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-07, 20:43   

<- z Ministerstwa.

Michael teleportował się w ślad za żoną do Hyde Parku. Nie miał bladego pojęcia o czym Clarisse chce z nim rozmawiać, ale jej ostatnie słowa trochę go zaniepokoiły. O tym, co ich irytuje, tak? Nie brzmiało zbyt dobrze. I gdyby spytała Michaela co go w niej denerwuje, to nie umiałby odpowiedzieć. Prawda była taka, że nie denerwowało go nic, naprawdę. Lubił tą dziewczynę. Była słodka, kochana, ale z charakterkiem. Wzbudzała w nim sympatię. Tyle, że... nie kochał jej. Nie potrafił pokochać. Ale nie potrafił też od niej odejść. Przywiązanie? A może to ta sympatia go przy niej trzymała? Nie wiedział.
Pojawili się w parku niemalże równocześnie. Majk ruszył razem z żoną jedną z dróżek, ścieżek, jakkolwiek to nazwać. Zerkał na nią co jakiś czas, nie wiedząc do końca co powiedzieć, ale trzeba było jakoś zacząć temat. W końcu się odezwał, dość cicho, ze ściśniętym gardłem.
- To o czym chciałaś porozmawiać, Clar? Co miałaś na myśli tam, w Ministerstwie?
 
   Podziel się na:  
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-10-11, 16:45   

Michaelowi nie dane było długo porozmawiać z żoną. Ledwo zdążył się do niej odezwać, na ścieżce pojawiła się jego asystentka, zziajana i z przerażoną miną. Wyjaśniła szybko, że teleportowała się od razu za swoim szefem, który jest natychmiast potrzebny w biurze. Buckner nie miał więc wyboru, musiał wrócić do pracy. Pożegnał się więc z żoną i teleportował z powrotem, a chwilę później Clarissa także wróciła do domu.


| zt dla obojga
_________________

LEGENDA WALK

[atak] - kostka 1k6
Postacie do 30 roku życia włącznie:

1, 3, 5 - zaklęcie trafiło
2, 4, 6 - zaklęcie chybiło

Postacie w wieku 31 lat i starsze:

1, 3, 5, 6 - zaklęcie trafiło
2, 4 - zaklęcie chybiło


[obrona] - kostka 1k10
Postacie do 30 roku życia włącznie:

1, 3, 5, 7, 9 - obrona skuteczna
2, 4, 6, 8, 10 - obrona nieskuteczna

Postacie w wieku 31 lat i starsze:

1, 3, 5, 7, 9, 10 - obrona skuteczna
2, 4, 6, 8 - obrona nieskuteczna
dla aurorów:
Postacie do 30 roku życia włącznie:

1, 3, 5, 7, 9, 10 - obrona skuteczna
2, 4, 6, 8 - obrona nieskuteczna

Postacie w wieku 31 lat i starsze:

1, 3, 5, 7, 8, 9, 10 - obrona skuteczna
2, 4, 6 - obrona nieskuteczna
 
   Podziel się na:  
Ryu Odagiri
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-21, 15:09   

Nie było takiej chwili w moim życiu abym nie myślał o tym wszystkim co się wydarzyło w moim życiu. Wspomnienia są naprawdę upierdliwe, wracają niczym niestrawność po jakimś wyjątkowo obrzydliwym obiedzie. Niestrawności, jednak można się pozbyć, wspomnień nigdy. No chyba, że ktoś potraktował by mnie obliviate, ale z drugiej strony nie chciałem o tym zapomnieć. To doświadczenie sprawiało, że teraz byłem znacznie bardziej ostrożny. Zrozumiałem kilka bardzo ważnych rzeczy. Pierwsza, jeżeli jesteś tylko śmieciem na tej ziemi na zawsze nim pozostaniesz. To zupełnie tak jak by nagle zwykły kundel postanowił być pudlem. Było to kompletnie niemożliwe. Tacy ludzie jak ja nie mają szans na poprawę swojego losu. Kiedyś wraz ze swoimi przyjaciółmi stworzyliśmy dla siebie piękny świat, niestety była to tylko iluzja która bardzo szybko się rozmyła.
Włożyłem ręce do kieszeni swoich spodni a na dnie lewej kieszeni poczułem świstek jakiegoś papieru, wyciągnąłem go i westchnąłem cicho. No tak, wezwanie do spłaty długu.....dlaczego cały czas żyłem nadzieją, że coś się zmieni. Mój rozum wyraźnie mi mówił "chłopie pogódź się z losem", ale ja mimo wszystko szarpałem się nadal w tej sieci jak ryba którą właśnie wyciągnięto z morza.
Wyrzuciłem świstek do kosza na śmieci i włożyłem w usta jednego papierosa podpalając go szybko. Rozsiadłem się wygodnie na ławce i po prostu obserwowałem. Patrzyłem na ludzi który mnie mijali, i zastanawiałem się nad tym jak by moje życie wyglądało gdybym był kimś innym. Czy miał bym porządną pracę, czy spotykał bym się regularnie z przyjaciółmi, czy wracał bym do domu w którym czeka na mnie ta jedyna. Cóż być może, ale rzeczywistość była inna. A już dawno temu zrozumiałem, że nie ma sensu próbować jej zmieniać bo tego się nie da zrobić.
 
   Podziel się na:  
Morgana Burke
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-21, 18:25   

/początek!

Była zaskoczona tym, że to, co tak dotąd kochała i co wydawało jej się jedynym sensem życia, przestało tak nagle sprawiać jej przyjemność. Praca w Ministerstwie była spełnieniem jej marzeń, ale zdecydowanie zbyt długo piastowała to samo stanowisko. Panna Burke lubiła zmiany, zwłaszcza te na lepsze, a awans z pewnością do tej grupy się zaliczał. Niestety, szef zdawał się nie zauważać tkwiącego w niej potencjału, który bez wątpienia mógłby się wielce przysłużyć całemu magicznemu światkowi. Miała pomysły, wiele wspaniały propozycji, którymi nie mogła się podzielić z przełożonymi. Nie rozumiała dlaczego pomysł zaostrzenia kar dla brudnych mugolaków miałby uderzać w równość. Przecież oczywistym jest, że szlamy to wybryk natury, który należałoby raczej umieścić w kwestiach Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami pośród goblinów, elfów, skrzatów i innych wynaturzeń, które pojawiły się na świecie tylko po to, by służyć czarodziejom czystej krwi.
Na szczęście istnieli ludzie, którzy podzielali jej światopogląd. Śmierciożercy byli grupą, która, tak jak Morgana, pragnęła dla prawdziwych czarodziejów dominacji nad światem. Władza pociągała ją od zawsze, a ludzie, którzy stali na drodze do jej osiągnięcia... cóż, kończyli marnie.
Miała spotkać się w parku ze 'znajomym', który dostarczyć miał jej... pewnych informacji na temat, który ostatnio zaczął ją interesować. Oczywiście takich spraw nie dało się załatwić oficjalnie, zwłaszcza, gdy było się pracownikiem Ministerstwa Magii. Swych ludzi Minister sprawdzał dość dokładnie, więc trzeba było uważać na każdy nieostrożny krok, który wiązać mógł się potencjalnie z utratą raz zdobytych wpływów. Na to Morgana sobie pozwolić nie mogła. Z tego też powodu spotkanie w parku, którego szczerze nienawidziła. Nie lubiła przybywania wśród mugoli, od których bała się zarazić jakąś dziwną i tajemniczą choroba. Unikała takich kontaktów za wszelką cenę, ale nie zawsze było to możliwe.
Jej uwagę przykuł mężczyzna popalający papierosy. MUGOLSKI wynalazek.
 
   Podziel się na:  
Ryu Odagiri
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-21, 19:34   

Ja nigdy nie byłem człowiekiem który był wrogo nastawiony do kogo kolwiek. Może teraz moje podejście do innych ludzi było zimne i oschłe, ale to wcale nie oznaczało, że ich nienawidziłem oraz, że nie chciałem mieć z nimi nic do czynienia. Ludzie tworzyli ten świat, gdyby nie oni świata by nie było. Gdyby nie dwójka przypadkowo poznanych ludzi nie pojawił by się kolejny członek tego świata. Chociaż w moim wypadku wolał bym aby ci którzy dali mi życie nigdy się nie spotkali. Tak naprawdę wolał bym nigdy się nie narodzić. W świetle tych wydarzeń które tak bardzo mnie zmieniły, wolałbym pływać w nicości. Wiem, że może użalam się nad sobą, ale nie łatwo jest się podnieść z ziemi....ziemi którą tak dobrze się zna. W końcu nie raz lądowałem w tym błocie, tylko raz zdarzył się cud i ktoś mnie z niego podniósł, teraz nikogo nie było. Zostałem zupełnie sam, a życie swoim butem wciskało moje bezwładne ciało coraz głębiej w ziemię.
Spojrzałem kontem oka na pewną młodą kobietę. Pewnie kompletnie bym ją olał gdyby ta nie ustała niedaleko mnie, i nie zaczęła się gapić na mnie. Przymrużyłem oczy i wciągnąłem do swoich płuc trochę tej trucizny, która sprawiała, że moje życie było krótsze.
-I na co się tak gapisz...- Powiedziałem w końcu poirytowany tym, że cały czas czuję na sobie czyjeś spojrzenie. Nie było to przyjemne, czułem się tak jak by ta kobieta chciała przejrzeć mnie na wylot. Z resztą od pewnego czasu nie znosiłem zbyt długiego spojrzenia.
-Masz coś do mnie...jak nie to spieprzaj- Dodałem i zgasiłem papierosa o oparcie ławki, a niedopałek wylądował w koszu na śmieci.
 
   Podziel się na:  
Morgana Burke
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-21, 20:54   

Łatwiej byłoby wskazać osoby, których Morgana nie darzyła pogardą niż te, którym życzyła śmierci. Chociaż w zasadzie każdy w jej otoczeniu narażony był na niespodziewany zgon. Nie, żeby była jakąś szaloną morderczynią, po prostu ludziom w dziwny sposób działy się złe rzeczy, gdy zbliżały się za bardzo do panny Burke. Oburzające, że niektórzy posądzali ją o wymordowanie rodziny!
Lubiła swoje życie. Może nieco nudne, ale na horyzoncie pojawiła się szansa na zmianę tego stanu rzeczy. Naprawdę była przekonana, że Czarny Pan był najlepszą rzeczą jaka mogła się przytrafić magicznemu światu. Wizja oczyszczenia społeczeństwa była tym, o czym marzyło wielu jej podobnych, dlatego też z dnia na dzień ich 'sprawa' zyskiwała nowych zwolenników.
Musiała uważać na to kogo spotyka, więc oczywistym było, że nieznajomy siedzący na ławce przykuł jej uwagę. Mógł być potencjalnym szpiegiem, którego wysłał któryś z jej wrogów (paranoja związana z ciągłym śledzeniem udzielała jej się coraz bardziej).
- Ty brudny... - wysyczała przez zęby - Jak śmiesz się w ogóle do mnie odzywać?! - warknęła rzucając mu mordercze spojrzenie - Brudni mugole... - mruknęła już bardziej do siebie odwracając wzrok. Najchętniej wyciągnęłaby różdżkę i potraktowała mężczyznę jakimś ciekawym zaklęciem, ale... znów praca. Minister nie byłby zachwycony tym, że jedna z jego pracownic dręczy mugoli. Nie rozumiała go. Jak w ogóle można przejmować się losem niższej rasy, której bliżej trollom niż czarodziejom?
 
   Podziel się na:  
Ryu Odagiri
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-21, 21:18   

"Brudni mugole". To stwierdzenie nie było mi obce. Wiele razy je słyszałem, chociaż by podczas moich wizyt w kasynie. Słyszałem o jakiejś tam wojnie czarodziei, ale kompletnie nie miałem zamiaru się w to pakować. To nie była moja sprawa. Ja tutaj tylko mieszkałem, to nie był mój kraj, ani nie moje sprawy. Na dobrą sprawę kiedy tylko zechcę mogę przenieść się do innego kraju i nie przejmować się tą głupią wojną.
-Nie jestem mugolem- Warknąłem na nią, ale nawet nie zaszczyciłem jej swoim spojrzeniem.
-A śmiem się odzywać z tego względu, że ustałaś i gapisz się na mnie jak jakaś kretynka- Rzecz była prosta. Gdyby się nie gapiła to bym się do niej nie odzywał. Czy naprawdę ludzie są już tacy głupi, czy po prostu tylko udają. Wyciągnąłem spokojnie nogi przed siebie. Nie miałem najmniejszej ochoty wchodzić z tą Panią w jakie kolwiek głębsze dyskusje.
-Tak na marginesie, nie denerwuj się tak bo złość piękności szkodzi- Dodałem spokojnie....no i kto to mówił, ten który był złośnikiem numer jeden. Tak naprawdę wystarczyła byle pierdoła aby mnie wkurzyć, a dzisiaj już tym bardziej....wróć codziennie miałem takie dni.
 
   Podziel się na:  
Morgana Burke
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-21, 22:05   

'To nie moja sprawa' było złe, w końcu sprawa obrony czystości krwi powinna interesować każdego porządnego czarodzieja! Jak tak dalej pójdzie to potężne rody wymrą na rzecz jakichś karykatur śmiących zwać się czarodziejami. Nie, tego było za wiele i każdy rozsądny osobnik powinien domyślić się, że racja stoi po stronie Śmierciożerców.
- Nieee? - sarkazm w jej głosie był aż nadto słyszalny - Nie widać - nie odwróciła wzroku w stronę Ryu, bo nie widziała takiej potrzeby, nie zamierzała rozmawiać z kimś, kogo uważała za gorszego.
Dopiero obelga rzucona w jej osobę sprawiła, że spojrzała na mężczyznę.
- Kretynka?! - warknęła - Uważaj na słowa! - nie lubiła, gdy ludzie nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Czy to nie oczywiste, że powinny być jakieś dodatkowe zajęcia z rodzinnych koligacji rodów czystokrwistych? Nie znać Blacków, Burke'ów, czy Rosierów to tak jakby nie umieć rzucić podstawowych zaklęć ofensywnych. Kompletny brak szacunku dla przodków i kraju, w którym się przebywa.
Prychnęła złośliwie na komentarz o piękności.
- Co ty... - obrzuciła go od stóp do głów pogardliwym spojrzeniem - Możesz wiedzieć o piękności? - pokręciła z dezaprobatą głową.
 
   Podziel się na:  
Ryu Odagiri
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-21, 22:15   

-Cóż jeżeli uważasz siebie za brzydką to ja nie będę ciebie przekonywać- Powiedziałem spokojnie. Zawsze byłem
wyszczekany i to jakoś się nie zmieniło. Kłopoty to nadal moje drugie imię. Co jak co do niebezpiecznych sytuacji to ja miałem naprawdę talent. Nie wiedzieć dlaczego niebezpieczeństwo zawsze się mnie trzymało. Czy to miało być jakieś urozmaicenia życia?
-Spoko, będę uważać na słowa jak ty też będziesz- Cóż wydawało mi się to być oczywiste. Jeżeli ktoś wymagał czegoś ode mnie, to ja miałem do tego takie samo prawo.
-A w sumie z resztą wszystko jedno- Stwierdziłem po chwilce milczenia. Zwisało mi to kompletnie kto za co mnie miał, w jaki sposób się do mnie odzywał. Dawno przestało się to dla mnie liczyć. Z resztą przeszłość nauczyła mnie, że powinniśmy byli przejmować się opiniami naszych bliskich, a nie pierwszych lepszych ludzi na ulicy. Oparłem się o pobliskie drzewo i ponownie wyciągnąłem z kieszeni jednego papierosa, którego z resztą po chwilce już paliłem. Nie pamiętam nawet chwili kiedy rozpocząłem ten nałóg, jakoś tak samo wyszło. Paliłem przez stres ? a może po prostu sądziłem, że w ten sposób szybciej siebie wykończę....cóż opcji było naprawdę wiele i tak naprawdę nawet ja nie jestem w stanie powiedzieć co myślę.

//informuję, że zmienię styl pisania na 3-osobowy nie odnajduję się w pierwszej osobie. Dobrze mi to idzie tylko w KP ^.^//
 
   Podziel się na:  
Morgana Burke
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-26, 19:36   

/przepraszam, że tyle to trwało, umknął mi Twój post :c

- COŚ TY POWIEDZIAŁ?! - warknęła odwracając się gwałtownie w stronę nieznajomego tak, że poły jej długiego płaszcza zawirowały w powietrzu wokół sylwetki kobiety. Zacisnęła palce na różdżce, którą wciąż miała jeszcze ukrytą. Nie mogła sobie pozwolić na wymachiwanie nią w miejscu publicznym pełnym plugawych mugoli. Głupi międzynarodowy kodeks tajności czarów... Nie umiała pojąć, dlaczego ludzie tacy jak ona mieli się ukrywać przed kimś takim jak mugole. Czyż nie silniejszy decyduje o tym, co wolno, a co nie? Jakim prawem ktoś pozbawiony magii miał mówić jej jak żyć? Wystarczyło jedno machnięcie różdżki i władza byłaby w rękach czarodziejów. Konwencjonalna broń, którą posługiwali się mugole w zderzeniu z magią były marnością, którą co najwyżej można było straszyć gobliny.
- Nie będziesz mi mówił na co mam uważać - wykrzywiła się z odrazą lustrując wzrokiem dokładnie mężczyznę. Nie umiała ocenić, czy jest czystokrwistym czarodziejem. Właśnie dlatego trzeba było ich wszystkich jakoś znakować! A właściwie to tylko szlamy, by nikt nie miał wątpliwości z kim ma do czynienia. Ich uważała nawet za osobniki gorsze od mugoli, bo ci przynajmniej nie rościli sobie praw do starożytnych mocy, które powinny należeć wyłącznie do ludzi pokroju Morgany.
- Nie rozumiem dlaczego w ogóle rozmawiamy... - westchnęła machając na niego ręką. Uspokoiła się trochę, choć teraz wystarczyła już tylko drobna iskierka, by wybuchła furią. Nikt nie chciał mieć do czynienia ze wściekłą Morganą, nawet członkowie jej rodziny (choć liczba tych przez ostanie lata znacznie się zmniejszyła).
 
   Podziel się na:  
Ryu Odagiri
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-26, 20:01   

Ryu westchnął cicho i potargał nerwowo włosy z tyłu głowy.
-Powiedziałem, że jeżeli uważasz siebie za brzydką to ja nie mam najmniejszego zamiaru ciebie przekonywać do tego, że tak nie jest. Głucha czy co- mruknął spokojnie kopiąc jedną nogą w ziemi jakiś dołek.
-Jak ja ma uważać to ty chyba tez powinnaś, na jedno wychodzi..- Czy ona naprawdę była taka głupia czy tylko udawała. Jeżeli on nie mógł jej nic złego powiedzieć to ona tym bardziej nie mogła. Ryu zawsze uważał, że jeżeli ktoś wymagał czegos od niego to on miał prawo wymagać tego samego od tej drugiej osoby.
-Dlaczego rozmawiamy... o ile rozmową to można nazwać- W sumie jak by tak cofnąć się myślami do niedalekiej przeszłości odpowiedź była bardzo prosta.
-Zapytałem się na co się tak gapisz, a ty po prostu zaczęła wyjeżdżać z tym kim to ty nie jesteś i czy wiem do kogo mówię i w ogóle takie tam pierdoły i dalej jakoś to już poszło- No mniej więcej chyba dlatego rozmawiają. Ona po prostu mu odpowiedziała a on jej odpowiadał. Proste ?, proste.
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-17, 23:16   

/z Gospody; Antonin

Wiara w ludzi, a także ufność w ich idee i zamiary była niewyobrażalna jeśli chodziło o Elizabeth. Wierzyła im, bo przecież pomimo bycia bardzo wprawnym obserwatorem, to była w stanie nabrać fenomenalnego dystansu, do każdej jednostki, która choć raz się jąknęła w swych zeznaniach. Wbijała spojrzenie w mężczyznę, próbując dotrzeć do jak najgłębszych zakamarków jego podświadomości, jakby chciała z niego przeczytać każdą ukrytą tajemnicę, niczym z otwartej księgi.
-Zwycięstwo? Czym jest zwycięstwo w obliczu tego, że codziennie giną czarodzieje. Osoby, na których nam zależy? Potrafisz się z tym pogodzić? Ja niezupełnie. – Spytała nieco od niechcenia, bo tak naprawdę nie mogła brnąc w niebezpieczną rozmowę, która mogłaby zdradzić zbyt dużo; wspomnienie o Regulusie powinno samo w sobie zostać wymazane, bądź ona winna ponieść karę; każdy kto znał jego zamiary z przed dwóch lat i stawał po jego stronie, broniąc dobrego imienia chłopaka, musiał się liczyć z konsekwencjami. Z nich natomiast Elizabeth drwiła, jakby były czymś niesamowitym i nadzwyczajnie dobrym, bo co jak co, ale w tej chwili nic innego nie było lepsze od tej całej otoczki sekretów. Dziewczyna miała ich całkiem sporo, prawda? -Widzisz, mój drogi… Ja na przykład żyję i jestem człowiekiem, a nie wypraną z uczuć jednostką, która w imię własnego życia byłaby w stanie zabić… – Zawiesiła na moment głos, stając przed nim, a smukłe palce z łatwością prześlizgnęły się po jego torsie, gdy wzrok utkwiła w tęczówkach mężczyzny. -Chociażby Ciebie, Antoninie.
Eff była naiwna. Miała ego pełną świadomość i choć nie dostrzegała w swoim towarzyszu oprawcy swego męża, miała wrażenie, że coś jest nie tak i jest to nadzwyczajnie złe, bo przecież nic nie może wiecznie trwać, ale z drugiej strony – nadzieja, że jest z nią uczciwy budziła niemały podziw. W świecie, w którym panowało zakłamanie, takie oddanie było swoistego rodzaju katharsis, do którego mógł dążyć każdy, o ile tylko potrafił.
-Finnley mnie nie zostawił. Został zamordowany. Z zimną krwią. Podejrzewam, że gdybym była wtedy w domu, spotkałby mnie dokładnie taki sam los. – Mówiła spokojnie, choć w jej oczach skakały iskierki, które mogły wywołać niebawem prawdziwą burzę i ogień, który będzie nie do opanowania. Możliwe, że było to coś, z czym dziewczyna nie potrafiła sobie poradzić, wszak miała dopiero dwadzieścia lat. -Jednak w porządku. Jestem w stanie uwierzyć, że zginął na skutek zbiegu okoliczności, bo jest to niebywale nieprawdopodobne. – Uśmiechnęła się jeszcze przekornie, a zaraz potem ruszyła przed siebie, bez określonego celu. Nic nie mogło ich tutaj spotkać, prawda? Ryzyko było uśpione, a oni sami – niczym nieświadomi kochankowie chodzili po Hyde Parku, jakby nie licząc się zagrożeniem, które czyhało na wszystkich; niemal na każdym kroku.
-Ale dość tego. Nie mówmy o smutnych rzeczach, to przecież bez sensu. Nie możemy porozmawiać o czymś radosnym, normalnym, zwyczajnym? Jestem młoda, zbyt młoda, by marnować życie na takie troski, a przecież jutro mogę umrzeć. Wykorzystajmy ten czas. – Rzuciła luźno propozycję, a interpretować mógł według własnego upodobania, bo Eff nie zamierzała wykładać wszystkich kart na stół.
 
   Podziel się na:  
Antonin Dolohov
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-18, 19:53   

Kiedy patrzyła mu w oczy tak usilnie, mówiąc przy tym o śmierci, mimo tego, że starał się swoje uczucia ukryć, Elizabeth mogła z jego źrenic wyczytać ból. Ból, który wciąż i wciąż powracał, na jawie i w koszmarach, przywołując wspomnienie zmarłej ukochanej. Odwrócił spojrzenie jako pierwszy.
- Nikt nie mówi, że musimy się na to godzić - odparł, nieco oschlej. Dobrze wiedział, że są osoby, z którymi rozstać jest się trudno, ale gdy sytuacja tego wymagała... Przymknął powieki, biorąc głębszy łyk rześkiego powietrza. - Ani że to, co robimy, robimy dla siebie i w imię własnego życia. Jestem po tej stronie dla moich dzieci, dla ich świata. I oddam wszystko za to, by nasz cel został osiągnięty. Śmierć nie jest celem, ale jest niezbędnym środkiem do jego osiągnięcia. Niewinni nie giną, chyba, że sami się poświęcą. - Antonin wiedział, że i on może zginąć w każdej chwili, ale on na tę śmierć, w imię idei, za którą walczył, godził się. Wierzył Czarnemu Panu. Wierzył w nowy, wspaniały świat, który mieli wybudować. I dla przyszłych pokoleń, chciał za tę ideę walczyć. Ton jego głosu nie miał w sobie butnej iskry, pobrzmiewał raczej melancholią - Antonin był ostatnio zmęczony i potrzebował odpoczynku.
- Ta wojna nam wszystkim odebrała coś cennego, musimy się z tym pogodzić i żyć dalej. - Odwrócił się z powrotem ku niej, gdy poczuł dotyk; powrócił do niej wzrokiem, teraz samemu usiłując spojrzeć wgłąb zamyślonej Elizabeth.
- Zrobiłabyś to - odparł z przekonaniem, krzywiąc usta w uśmiechu; trochę z przekory, trochę z sympatii. - Zrobiłabyś to, gdyby On sobie tego zażyczył. Ale gdyby tak się stało... wtedy pewnie sam bym cię prosił o śmierć. - Pokręcił głową, wizja, by Czarny Pan zażyczył sobie jego głowy, była dla niego absurdalna. Służył mu wiernie, efektywnie, ufał mu i nie obawiał się powierzyć mu własnego życia. Ale wiedział, że znajdowało się ono w jego rękach i gdyby tylko zechciał, Voldemort zmusiłby do zamordowania go nawet Elizabeth. Klątwy, którymi władali zwykli czarodzieje, były niczym w porównaniu z zaklęciami, jakimi dysponował On. Czarna magia była dla niego materią, którą władał z taką łatwością, z jaką ptak przemierzał powietrze. Byli dla siebie naturalni, godni siebie nawzajem i, wreszcie, byli ponad zwykłość. Ani on, ani Elizabeth, nie posiadali nawet połowy Jego potęgi, Antonin nawet nie chciał myśleć o tym, jak wiele bólu jest w stanie wywołać Cruciatus rzucony przez samego Czarnego Pana. Głęboko wierzył, bądź pragnął wierzyć, że bez takiego przymusu Elizabeth w istocie nie będzie w stanie podnieść na niego różdżki.
Delikatnie uchwycił jej dłoń, błądzącą po torsie, zamknął ją we własnej, po czym opuścił i wziął kobietę pod ramię, by kontynuować spacer - i zapewne aby uwolnić się od świdrującego spojrzenia towarzyszki, w takiej pozycji o wiele trudniej było je utrzymać. Czy Finnley został zamordowany z zimną krwią - być może. Czy Elizabeth spotkałby podobny los... zapewne zależało od niej. Tak samo, jak zależało od Finnleya. Wybrał. Wybrał zdradę po stronie szlamu i śmierć pośród niego, młoda wdowa po nim wydawała się o wiele rozsądniejsza. Westchnął, sam do siebie, choć nie widział teraz jej spojrzenia, wyczuwał je. I nie chciał wywoływać burzy, nawet, jeśli Finnley był tylko tchórzem. Zmarli stracili życie, bo nie byli go godni, a każda dyskusja na ten temat musiała być bezcelowa.
- Dajmy duchom spoczywać w pokoju, Elizabeth - powiedział cicho. - Oni nie chcieliby, byśmy rozpamiętywali ich po własny grób. - A jeszcze bardziej on nie pragnął wspominać zmarłych, których sam pozbawił życia. Tęsknotę dziewczyny za mężem porównywał do własnej, żywionej za zmarłą ukochaną; ich życia jednak nic już nie wróci, a ich śmierć była konieczna. Wiedział o tym. W imię wyższego celu, w imię lepszego jutra. Jego słowa były przytaknięciem na jej ostatnie stwierdzenie; rozmowa o zmarłych nie miała sensu.
Ruszył za nią, nieco wolniej, spoglądając na jej wątłą sylwetkę spowitą mrokiem nocy; drgnął, jakby wypowiedziała swoje słowa o niewłaściwej godzinie, poczuł mocniej bicie zlęknionego serca. Ale niepotrzebnie - nic się nie wydarzyło. Trwała wojna, ale nie mieli się tutaj czego bać. Jeśli tylko nigdzie w okolicy nie szwendał się Greyback ze świtą, co nie było zbyt prawdopodobne, zapewne on sam był najbardziej niebezpieczną osobą, jaka przebywała w parku. Przystanie do grona śmireciożerców niewątpliwie zapewniało Elizabeth bezpieczeństwo, aurorzy jeszcze nie napadali ludzi na ulicach. Ale nastroje niewątpliwie sprzyjały panoszeniu się po ulicach większej ilości zbirów przeróżnej maści. Skinął głową, może rzeczywiście nie było warto teraz o tym myśleć. Czasem trzeba było... odetchnąć.
- Nie tak łatwo będzie cię zabić - mruknął, unosząc kącik ust. - Wybacz mi moje słowa, miałem naprawdę parszywy dzień, Elizabeth. Dobrze cię dzisiaj widzieć. - Carmen miotająca się pod Cruciatusem, zamordowana dziennikarka, Czarny Pan rozwścieczony ich nieudolnością, diabelskie sidła, a teraz jeszcze tak trudne wspomnienia. Obrazy przewijały się przed jego oczyma jeden po drugim, by na końcu rozlać się czarną plamą; "wykorzystajmy ten czas". Zwrócił ku niej pytające spojrzenie. Tak, zdecydowanie była jeszcze bardzo młoda. Bardzo młoda i bardzo delikatna, zdawało mu się, że widział blask księżyca przebijający się przez mgliste niebo, odbity w jej źrenicach. Zbyt młoda i zbyt delikatna...
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-21, 23:55   

Wydawać by się mogło, że Effy była silną kobietą, która miała iście dominujący charakter. Było to jednak wątpliwym, bo ona za każdym razem, gdy coś się działo – rozsypywała się w sobie. Nie była w stanie tego dać Dolohovowi, ale widziała jego ból, który przeszywał ją na wskroś i gdyby tylko chciała pokazać mu swoje cierpienie, to z pewnością… Wszystko by się poszło pieprzyć.
-A jednak to robimy. – Spojrzała na niego wyzywająco, bo chciała mieć pewność na kogo może polegać, a od kogo powinna trzymać się z dala, jakby to było coś oczywistego. Ludzie często przecież chcą mieć pewność, że otaczają się zaufanymi osobami, a w tej chwili Antonin i Severus byli jedyni, którym mogła powierzyć własne życie. -Byłbyś w stanie mnie zabić? – Spytała w końcu po dłuższej chwili milczenia, bo tak naprawdę w tym wszystkim było ukryte coś więcej. Coś jakby prośba o kolejną dawkę adrenaliny, której musiała doświadczyć nim wydarzy się coś złego. Wiedziała, że będąc na jakimkolwiek spotkaniu mogła tak naprawdę umrzeć; wystarczył tylko moment, w którym Syriuszowi odebrałoby życie. Nie wiedziała ile ma czasu, ale… Wiedziała co chce osiągnąć każdą z tych prowokacji, a Antonin? Cóż, miała wrażenie, że ulega jej z łatwością i dokładnie tym, czego bardzo pragnie. Musiała wiec dostać od niego wszystko, co ułożyła sobie w ślicznej główce.
Nie zastanawiała się jednak nad tym, jakie ryzyko niosła za sobą jej prośba; ta niewypowiedziana, która z takim trudem mogła wypłynąć niebawem z jej ust. Choć jej głos zdawał się melodyjny, nieco obojętny, to nadal tkwiła w nim ta nuta lekkiej perwersji, która wskazywała na to, że dziewczyna nie znosi sprzeciwu. Zagryzła lekko dolną wargę, w momencie gdy ta bliskość była nazbyt nie wymagająca kolejnych ruchów, by złamać prawa wszelkiej przyjętej fizyki. Nie mogła oderwać od niego spojrzenia, a tym bardziej wtedy gdy zamknął jej dłoń w swoich i z taką łatwością chwycił ją pod ramię. Ciepło, które emanowało od mężczyzny otuliło jeszcze bardziej jej drobne ciało, stąd Eff wbiła smukłe palce w jego przegub, wszak nie mogła mieć pewności, czy czasem nie pozostawi jej na pastwę losu, a był mężczyzną. Nieobliczalnym mężczyzną.
-Owszem, masz rację. Nie warto wracać do mar z przeszłości. Cieszmy się dniem dzisiejszym. – Rzuciła z lekkim przekąsem, a zaraz potem przywiera do niego jeszcze bardziej, ponieważ chłód parku był nie do zniesienia. Może powinni zostać jednak w tamtej Gospodzie? Widać, spontaniczne decyzje kobiety nie za każdym razem były słuszne, a przynajmniej nie w takich momentach jak ta. Przylgnęła więc do niego jeszcze bardziej, nasuwając na blond pukle kaptur, który miał chronić ją przed zimnem.
Była osobą, która tak naprawdę emanowała czymś więcej niż tylko siła, inteligencja, czy po prostu wysublimowana umiejętność prowadzenia rozmowy w ten uzależniający sposób. W tej chwili pokładała nadzieję przede wszystkim w tym, że pozna prawdziwe intencje mężczyzny, jakby to było jedynym i słusznym wyznacznikiem, do którego miała zamiar dążyć.
U jego boku wydawała się jeszcze mniejsza i drobniejsza, a co za tym szło – musiała jeszcze szybciej iść, by czasem nie wypaść z rytmu, który nadawał Dolohov.
-Nie tak łatwo, a jednak… Zabicie mnie, nie sprawi nikomu większego problemu, mój drogi. – Rzuciła nieco od niechcenia, by po chwili dokończyć własną myśl, która równie dobrze mogła brzmieć jak wyzwanie. -Avada, to przecież… Jedno z ulubionych zaklęć osób, które naprawdę pragną czyjejś śmierci, prawda? Nie ma znaczenia kto je rzuci. Kiedyś… Wszyscy umrzemy. – Mówiła z lekką rezygnacją, ale zarazem miała w sobie wiele pokładów nadziei, że być może to życie poukłada się zupełnie inaczej, niż tak, że jej egzystencja dobiegnie zbyt szybko końca, ale nim to się stanie… Miała przecież jeszcze wiele próśb, które chciała wycelować w stronę Dolohova. -Zabierz mnie do gwiazd. Obojętne, którą drogą.
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo






Grafikę na forum wykonała Seba pod okiem Daliena. Jej elementy zostały znalezione w internecie. Styl jest dziełem Curly, a kody zostały stworzone przez administrację, przy pomocy niektórych znalezionych w odmętach internetu. Nie kopiuj, zapytaj.