Nobody can save you now... Strona Główna



Poprzedni temat «» Następny temat
Uliczka
Autor Wiadomość
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-10-02, 14:38   Uliczka

Uliczka




- Idź już idź. -powiedział młoda kobieta i pomachała narzeczonemu z okna. Mężczyzna nawet nie zauważył, kiedy na dworze zrobiło się ciemno. Kiedyś nie musiał się przejmować takimi rzeczami, ale teraz, kiedy czasy były tak niesamowicie niespokojne musiał bardzo uważać. Nawet Dolina Godryka była niebezpieczna. - Przyjdę jutro. -krzyknął jeszcze i zaczął iść uliczką w stronę wyjścia. Latarnie oświetlały chodnik przed nim, a co jakiś czas było słychać odgłos zamykanych drzwi i okien. Gdyby to im miało coś dać, przecież tak czy tak byli narażeni na atak. On był neutralny. Nie wiedział komu powinien wierzyć i komu powinien ufać. Niby wszyscy Śmierciożercy byli źli, ale czy Zakon był na pewno tą dobrą stroną?
 
   Podziel się na:  
Arthur Warren



Expose yourself to your deepest fear; after that, fear has no power, and the fear of freedom shrinks and vanishes. You are

pracował w wydziale duchów w MM

26

czysta krew

wdowiec







80

różdżka, teleportacja łączna, eliksir wielosokowy, wywar żywej śmierci, felix felicis x1, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności x3

Wysłany: 2014-11-24, 23:51   
   Mów mi: Artek, Karolina
   Multikonta: Alice, Megan, Amycus


Ostatnie co w tym momencie chciał robić to iść na patrol z innym Śmierciożercą, patrzeć jak jego świat upada kawałek po kawałku, a on tak właściwie nie może z tym nic zrobić. Nic kompletnie prócz spacerowania po Dolinie Godryka z mężczyzną z Mrocznym Znakiem na przedramieniu. Nie było go tu od rozmowy z Hayley i wcale nie chciał tu przychodzić. To miejsce było natłokiem jego wspomnień. Wspomnień rodzinnego domu i przeżytych lat u boku swojej żony. Wspomnienia, które były raz lepsze, a raz gorsze, ale z równą siłą uderzały o jego umysł. Z równą siłą pokazywały, że zostawił miejsce swojego życia dla… tego. Arthur spojrzał na mężczyznę i pokręcił lekko głową. – Właściwie czego szukamy? –zapytał przerywając ciszę. Wstępując w szeregi Śmierciożerców nastawił się na cisze. Nigdy zbyt wiele nie mówił, w ekstremalnych sytuacjach gryzł się w język, nie jeden raz nawet dał się ponieść emocjom i był pewny, że zostało to zauważone. Właśnie przechodzili obok sklepu Morrisa, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu Arthur robił zakupy na kolacje, przechodził tymi uliczkami z choinką na plecach, wystarczyło skręcić w prawo i był prawie w domu. W domu, gdzie czekała na niego żona, ciepły fotel, ogień trzaskający w kominku. Dom, gdzie teraz nie było nic. Od śmierci Alice nie przekroczył progu domu, ale słyszał plotki. Słyszał, że jej rodzice dbają o dom, inne, że został zbudzony, jeszcze inne, że jest przeklęty, ale Arthur nie wierzył, że może być nawiedzany. Jedyne co może być w tym wszystkim przeklęte to on sam. To co teraz robi, za to powinni go wsadzić do Azkabanu, ale on się tym nie przejmował. Nie był aż tak ambitny, a może i był… może zwyczajnie zemsta zamroczyła mu zmysły. Spowodowała, że nie myślał racjonalnie już o niczym. Oderwał wzrok od ścieżki prowadzącej do dzielnicy mieszkalnej. Teraz przechodzili obok starego cmentarza. Nikogo już tu nie chowali od dawna, raczej nikt o zdrowych zmysłach i poczuciu wartości życia nie zapuściłby się tutaj. To było niemożliwe. Jeszcze parę kroków i zbliżają się do kamienicy. Do skupiska małych, wąskich uliczek. Kiedyś sprawiały wrażenie romantycznych, teraz swoją ponurością sprawiały, że przejście przez nie wydawało się być głupotą. Wtedy Arthur usłyszał cichy szelest. Wystarczająco cichy by go przeoczyć, ale niewystarczająco by nie zareagować. Spojrzał na mężczyznę i zobaczył w jego minie, oczach błysk. On też to słyszał i zdecydowanie chciał to sprawdzić. Arthur sobie pomyślał, że dobrze by było gdyby był to tylko szczur. W końcu nie był mordercą. Nie robił takich rzeczy, nie był taką samą osobą jak zabójca jego żony. Chłopak westchnął cicho tak, że jego klatka uniosła się w bardzo szybkim tępię i w równie szybkim opadła. Wskazał głowę do mężczyzny by szedł pierwszy. Tak też się stało.
_________________
the future starts today, not tomorrow
 
   Podziel się na:  
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-11-26, 21:32   

Victor Rosier był w doskonałym nastroju. Oczywiście nie był kimś, na twarzy kogo łatwo dostrzec zadowolenie, niemniej zadowolony z siebie był. Do takiego wniosku doszedłby każdy, kto spostrzegłby iskierki ożywienia w jego zazwyczaj pustych, szarych oczach. I uśmiech, przede wszystkim uśmiech. A właściwie uśmiech będący uśmiechem jedynie w teorii. Te ułożenie ust a kształt czegoś pomiędzy grymasem, a uśmieszkiem, raczej nie wzbudzało zaufania ani poczucia komfortu w najbliższym otoczeniu. Jakby co; powód do wesołości miał i to ważny. Czarny Pan powierzył mu dość istotne zadanie. Mianowicie: przeprowadzenie zwiadu w Dolinie Godryka. Victor nie pytał czarnoksiężnika, skąd te nagłe zainteresowanie Doliną. Nie jego rzeczą było zadawanie pytań przywódcy. Posiadał jednak swój rozum i domyślał co za cele przyświecały rekonesansowi. To było spokojne i zaciszne miejsce; świetne na założenie posterunku śmierciożerców. Nikt nawet nie podejrzewałby, że w okolicy zagnieździli się zwolennicy Voldemorta. Dolina mogła również odegrać istotną rolę na dalszym etapie wojny. Stać się strategicznym punktem, z którego łatwiej byłoby zaatakować flanki przeciwnika. Ale domysły Rosiera co do celów, w jakich Czarny Pan zapragnął wykorzystać miejscowość, pozostawały czystymi domysłami. Voldemort niezwykle rzadko odkrywał przed swoimi sługami wszystkie karty jednocześnie. W mniemaniu Victora postępował jak najbardziej słusznie: tylko głupiec na wczesnym etapie gry odsłania swoje atuty.
Wraz z zapadnięciem zmroku, Dolina Godryka pogrążyła się w bezruchu i milczeniu. Przechodząc obok budynków, w poniektórych oknach dostrzegało się poblask światła i przebijające się na tle zasłon cienie domowników. Zwyczajni czarodzieje zajęci zwyczajnymi zajęciami w mroźny, zimowy wieczór. Mijając tawernę, usłyszał głośny wybuch śmiechu za drzwi. Najwyraźniej mieszkańcy Doliny lubili się bawić także we wspomnianej wyżej mroźne, zimowe wieczory. Gdyby tylko ignorancja chroniła ludzi przed nieszczęściami, ten świat od razu stałby się lepszy. A może ignoranccy mieszkańcy wierzyli, że czuwa nad nimi sam Godryk Gryffindor i nic im się nie stanie? Rosier aż prychnął na absurdalność takiego pomysłu.
- Użytecznych informacji - odwrócił się, rzucił kompanowi przeciągłe spojrzenie - Cicho bądź.
Dokładnie. Jako że to Victor odpowiadał za wypełnienie zadania, Warren miał siedzieć cicho i wykonywać rozkazy. Nic więcej. Z pewnością, nie zasypywać go pytaniami.
Obeszli z daleka cmentarz i weszli w pomiędzy kamieniczki. Większość z nich była podniszczona i ciemna. Wąskie uliczki, momentami rozszczepiające się na jeszcze bardziej węższe, prowadzące gdzieś w mrok odnogi, powodowały że okolica stała się posępniejsza. Nie aż tak posępna, jak posępny stawał się magiczny Londyn w godzinie policyjnej, lecz zawsze posępna.
Zatrzymał się gwałtownie. Coś usłyszał. Coś, co mogło być grasującym wśród śmieci szczurem. Szeptem wiatru w skruszonych dachówkach. Czymś, co taki obowiązkowy śmierciożerca jak Victor Rosier koniecznie musiał sprawdzić. Zgodnie z sugestią Arthura, wszedł pierwszy w uliczkę, nakazując jednak gestem dłoni by młodszy mężczyzna zaczekał u wylotu ulicy. Stanął na warcie. Tak na wszelki wypadek. Rosier nie sądził bowiem, by do identyfikacji źródła hałasu potrzeba było więcej osób. Nie musiał wchodzić zbyt głęboko w uliczkę. Właściwie już po paru krokach spostrzegł wychodzącą za rogu budynku postać. Dostrzegł ją i uśmiechnął niczym wilk na widok zbłąkanej sarenki. To było zbyt piękne aby było prawdziwe. Zyskał żywe źródło informacji.
Samotny przechodzień, zupełnie nieświadomy czających się w ciemnościach drapieżników. Na tyle nieświadomy, by nie usłyszeć szelestu materiału, z którego wyciągnął różdżkę. Ani kroków, potrzebnych do pokonania tej niewielkiej, oddzielającej go od ofiary odległości. Bez problemu złapał nieznajomego za ramię i brutalnie cisnął na ścianę. Spoglądając mu twarz, przekonał się, że nieznajomy był kobietą, młodą kobietą. Chociaż wydawało się to niemożliwe, wilczy uśmiech poszerzył się.
- O tej porze grzeczne dziewczynki powinny spać w łóżeczku - przyłożył różdżkę do jej piersi, dokładnie tam gdzie znajdowało się żywo bijące serce. Niech wie, że zaklęcie zawsze zdąży ją trafić nim zdoła pisnąć albo zrobić coś jeszcze głupszego - Bądź grzeczną dziewczynką, to rodzice nie będą musieli wypłakiwać po tobie oczu. Odpowiesz na kilka pytań i puszczę cię bezpiecznie do domku. Co ty na to? Mieszkasz w tej Dolinie na stałe czy jesteś tu tymczasowo?
Nie miał pojęcia, co zrobi z nią po przesłuchanie. Powiedział, że puści ją do domu, jednak śmierciożercy z reguły co innego mówili, co innego robili. Pozostawienie martwego ciała byłoby w tym przypadku kłopotliwe, natomiast puszczenie wolno też nie było mu zbytnio na rękę. Dziewucha gotowa zaalarmować całą Dolinę.
Poczekamy, zobaczymy.
 
   Podziel się na:  
Hayley Bradford
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-29, 20:50   

Mijały kolejne dni. Na wieść o upływającym czasie większość ludzi zazwyczaj reaguje w jednoraki sposób – ubolewaniem nad jego szybkim przemijaniem i niewłaściwym wykorzystaniem. Hayley natomiast czuła ulgę. Ulgę, ponieważ każdy kolejny tydzień oddalał od niej przykrą przeszłość, która doświadczyła ją mimo bardzo młodego wieku. Chociażby od pewnego czasu już co noc nie prześladował ją wyjątkowo realny koszmar, w którym wędrowała rozmaitymi korytarzami by na końcu jednego z nich odnaleźć ciało swojej siostry. Oczywiście, chciała mieć Alice w pamięci i nigdy o niej nie zapomni, była przecież szczególną osobą w jej życiu, ale ciągłe umartwianie się i zadręczanie zaczęło ją męczyć. Życie w wiecznej żałobie nie sprawi, że przywróci jej życie. Już nic nie dało się zrobić, ktoś musiał wreszcie powiedzieć to głośno i wyraźnie. Chciała wreszcie ruszyć do przodu. Cóż, nie było to łatwe zważywszy na rzeczywistość jaka otaczała czarodziei. Może powinna skorzystać z propozycji rodziców, którzy od dłuższego czasu proponowali jej wyjazd poza granice kraju do jednej z ciotek? W końcu już nic i nikt ją tutaj nie trzymał. Nie była tchórzem. Nie mogłaby opuścić swoich przyjaciół z Zakonu Feniksa, kiedy każdy był tam teraz na wagę złota. Czy aby na pewno tylko to?
Niespiesznym, beztroskim krokiem przemierzała jedną ze ścieżek. Czy odczuwała jakikolwiek strach? Zdecydowanie nie. Dolinę Godryka znała niemal od podszewki, w końcu spędziła tu całe swoje dzieciństwo i jako kilkulatka nie stroniła od odkrywania kolejnych tajemnic tego miejsca. Dokładnie taki jej obraz chciała zachować w swojej głowie. Doskonale wiedziała, że o tej porze mało prawdopodobnym jest, że spotka tu jakąkolwiek żywą duszę. Tryb życia jaki wiodła większa część mieszkańców nakazywał im by o tej porze znajdywać się już we wnętrzu własnego domu, spędzać czas z najbliższymi czy tez szykować się do snu. Swego czasu było to niewątpliwie jedno z najbezpieczniejszych miejsc, dziś niekoniecznie z wiadomych powodów. Co jak widać, nie powstrzymywało Hayley przed tym by skręcić w wąską, kiepsko oświetloną uliczkę, która miała sprawić, że znajdzie się w domu zdecydowanie szybciej niż w przypadku wybrania normalnej drogi. Postawiła zaledwie kilka kroków, kiedy poczuła bardzo intensywny uścisk na swoim ramieniu, a jego właściciel z pewnością pozostawił na jej skórze czerwone ślady. Była zaskoczona, co automatycznie odebrało jej możliwość właściwej reakcji. W związku z tym straciła stabilność i równowagę, a mężczyzna z łatwością to wykorzystał i cisnął nią o kamienną ścianę. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne niż jego wcześniejsze poczynania. Ułamki sekund później pojawił się przeszywający ból w okolicach pleców oraz tyłu głowy. Nieco oszołomiona jęknęła cicho. Nawet nie miała szansy na to by wyjąć własną różdżkę.
– Co to ma znaczyć?! Myślisz, że możesz tak po prostu mną poniewierać, gnojku?! Trochę szacunku! – choć Hayley nie wrzeszczała na mężczyznę, ton jej głosu ewidentnie był wzburzony i uniesiony. Nie mogła rozmasować swojego intensywnie pulsującego barku, ponieważ ten furiat miał nad nią swego rodzaju władzę za sprawą różdżki tkwiącej nieopodal jej serca. Nie powstrzymało ją to jednak przed zawziętym patrzeniem mu prosto w oczy oprawcy. Niech wie, ze wcale się go nie boi! Słysząc te wszystkie urocze słowa o dziewczynkach, łóżeczkach tylko prychnęła cicho wznosząc oczy ku niebu.
– A kto Ci powiedział, ze masz do czynienia z grzeczną dziewczynką, hm? – jej brew automatycznie powędrowała ku górze choć w głębi serca miała ochotę jedynie się skrzywić. Ten mężczyzna kompletnie ją obrzydzał. Najpierw używał tych przesłodzonych zdrobnień, zaraz po tym pojawił się jego dziwny uśmiech i podejrzliwy błysk w oku. Najwidoczniej miał ją także za skończoną idiotkę skoro myślał, że mówiąc do niej w ten dziecinny sposób ta wyśpiewa mu cały swój życiorys wcześniej umierając ze strachu.
Mówiąc to wszystko automatycznie gorączkowo poszukiwała w swojej głowie jakiegokolwiek rozwiązania. W takich sytuacjach bardzo umiejętnie potrafiła zachować zimną krew. Choć z pozoru jej szanse na pokonanie nieznajomego były bliskie zeru tak pojawił się pewien element, którym mogłaby go zaskoczyć, podobnie jak On ją. Wiązała się z tym pewna zabawna historia z czasów, kiedy jeszcze była nastolatką. Mając szesnaście lat podczas wakacyjnej przerwy po raz pierwszy postanowiła wybrać się ze swoją koleżanką na mugolską imprezę z prawdziwego zdarzenia! Arthur jako wzorowy przyjaciel oczywiście musiał kryć ją przed rodzicami oraz siostrą, lecz nim gdziekolwiek wyszła postanowił udzielić jej lekcję samoobrony – uparł się, że musi nauczyć ją niezbędnych manewrów, które pozwolą jej uchronić się przed nachalnymi chłopcami. Teraz właśnie przypomniał jej się jeden z nich. Nie sądziła by mężczyzna stojący tuż przed nią specjalizował się w podwórkowych sztukach walki. Wyglądał na takiego, który stronił od wszystkiego czemu można przypiąć plakietkę „poza magiczne”.
– Powiem Ci co tu robię, ale nikt nie może o tym wiedzieć… – nieznacznie przechyliła się w jego kierunku wypowiadając te słowa konspiracyjnym szeptem. – Przysłał mnie tutaj Czarny Pan… – była pewna ze się tym zainteresuje i to skutecznie odwróci jego uwagę. Neutralni czarodzieje nie atakują niewinnych ludzi w środku nocy; podobnie nikt z członków Zakonu Feniksa by tego nie zrobił. Tak więc musiał być śmierciożercą. Wykorzystując jego chwilowe roztargnienie po usłyszeniu sformułowania Czarny Pan, ekspresowo ułożyła dłonie na ramionach mężczyzny i ze wszystkich sił jakie udało jej się zgromadzić kopnęła go w podbrzusze. Ten zapewne pod wpływem bólu zgiął się w pół oddalając się od Hayley na odległość, która pozwoliła jej swobodnie wyswobodzić się z pułapki. Zaczęła biec przed siebie ile sił w nogach wykorzystując czas, który został jej dany.
 
   Podziel się na:  
Arthur Warren



Expose yourself to your deepest fear; after that, fear has no power, and the fear of freedom shrinks and vanishes. You are

pracował w wydziale duchów w MM

26

czysta krew

wdowiec







80

różdżka, teleportacja łączna, eliksir wielosokowy, wywar żywej śmierci, felix felicis x1, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności x3

Wysłany: 2014-12-01, 16:12   
   Mów mi: Artek, Karolina
   Multikonta: Alice, Megan, Amycus


Arthur czuł się niesamowicie dziwnie będąc tutaj ze Śmierciożercą. Samemu nim będąc i robiąc rzeczy, które Śmieriożercy robili – działali na usługach Czarnego Pana. Jeszcze jakiś czas temu robił podobne rzeczy, ale po drugiej stronie wojny. W Zakonie czuł, że robi coś znaczącego, że działa bo chce działać i, że naprawdę jest z siebie zadowolony. W końcu miał wrażenie, że zmienia coś w tym bezsensownym świecie. Teraz budziło w nim to wszystko czyste obrzydzenie, którego nie mógł się pozbyć nawet jeśli chciał. Musiał brnąć w to dalej. Jak się powiedziało a to trzeba powiedzieć b. Grunt, że był w tym wszystkim jeszcze młody. W byciu Śmierciożercą chodziło o brak skrupułów. Nie można było się zawahać i z czasem pewnie mógłby się do tego przyzwyczaić. Determinacja by osiągnąć swój cel potrafiła zdziałać naprawdę cuda. Arthur zaczął się rozglądać. Prawdę mówiąc nigdy nie spodziewał się, że to miejsce będzie wyglądało tak bezbronnie. Właściwie to zawsze uważał to, że jeśli gdziekolwiek ma dojść do pozytywnego zakończenia tego wszystkiego to powinno to mieć miejsce właśnie tutaj. Może to tylko złudzenie, które gdzieś zagnieździło się w nim dawno temu. W końcu to był jego dom od zawsze. Tak, jego myśli specjalnie szukały zaczepienia by nie myśleć o tym wszystkim co tutaj się wydarzyło. Chłopak jeszcze raz spojrzał na swojego towarzysza i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu celu ich wyprawy. Czarny Pan nie sprecyzował tego co będą tutaj robić. Właściwie to Arthur był w ogóle zdziwiony, że znalazł się tutaj, bo pomimo faktu iż posiadał znak nie był zaufanym Śmierciożercą. Nie dziwiło go to. W końcu wszyscy wiedzieli, że był wcześniej w Zakonie, pracował w Ministerstwie. Takim ludziom nie ufa się od razu. Nawet po czasie im się nie ufa. O zaufaniu ciężko było mówić jeśli chodziło o zwolenników Czarnego Pana. Wcale nie pasowało mu to, że musiał zostać na czatach, ale nie sprzeciwił się temu. Słysząc szelest miał nadzieje, że to nic innego jak zwykły szczur, bo mimo wszystko o tej porze tylko ktoś nienormalny mógł znajdować się w pustej uliczce. Ale chyba głupoty ludzi się wyleczyć nie da więc nawet jeżeli był to czarodziej to znajdował się tutaj na własną odpowiedzialność. Jedno jest pewne środowisko w jakim się żyje wpływa na to jakim się staje. Arthur żyjąc wśród tych ludzi zaczął mniej uważnie patrzeć na ludzkie życie, a bardziej postrzegając głupotę jako duży czynnik destrukcyjny ich rasę. Stał tak dłuższą chwilę słysząc ich rozmowę. Naprawdę był idiotą, ale nie rozpoznał damskiego głosu, który był przecież dla niego tak znajomy, tak przypominający o tym co stracił, że powinno go to ruszyć, ale tak naprawdę potrafił stwierdzić, że osobą znajdującą się w zaułku jest kobieta. Ruszyło go to. Poznał Victora już na tyle by wiedzieć, że nie puszcza on swoich ofiar ot tak. Bo ma na to ochotę, bo dostał to co chciał. Wręcz przeciwnie. Czuł, że z tego wszystkiego powinien mieć trochę zabawy. I był pewny, że sobie to odbije. Skrzywił się, ale na razie stał tylko wiedząc, że dopóki dziewczyna będzie mówić nic jej się nie stanie. Nie widział jej twarzy, bo była schowana w cieniu, a chłopak rozglądał się czy czasem nikt nieznajomy nie przygląda się ich konwersacji. Dopiero jak usłyszał jej ostatnie słowa zaciekawiony odwrócił w jej stronę głowę. Czyż była Śmierciożercą? Niemożliwe. Victor by ją poznał, ona nie znajdowałaby się tutaj całkiem sama bez powodu. I wtedy usłyszał głośne kroki. Ktoś zaczął biec. Był pewny, że to dziewczyna i wiedział, że nie skończy się to dobrze. Arthur rzucił się biegiem w ich stronę. Co chciał zrobić? Chyba nie miał pojęcia. – Victor… -zaczął, ale nie skończył, bo było za późno.
_________________
the future starts today, not tomorrow
 
   Podziel się na:  
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-12-27, 18:44   

KONIEC WĄTKU!
 
   Podziel się na:  
Dalien Ellis



Don't you know the cost of your betrayal? You're the one who's lost, you're gonna fail!

Auror

36

czysta

rozwodnik







2525

Różdżka, dwukierunkowe lusterko (drugie ma Elise Swain), peleryna niewidka, przechwycenie cudzej sowy z listem x2, Felix Felicis x1, samopiszące pióro, ujawniacz, niewidzialny atrament, bezoar x1, veritaserum x1

Wysłany: 2015-01-02, 12:23   
   Multikonta: Alchemik, Aidan, Barty Crouch sr, Tim, Chester


/wieczorem, w dniu pogrzebu pani Minister albo dzień później, jeśli wieczór tamtego dnia Cia spędziła z Nolanem

Czekał na nią w ciemnym zaułku, rozkazując jej wyjść z domu. Schował się w cieniu i nie poruszał, póki do niego nie przyszła, niewidoczny dla otoczenia przez czarne szaty śmierciożercy. Na twarzy miał maskę w kształcie czaszki, trzymając różdżkę w pogotowiu, żeby móc szybko cofnąć swoje zaklęcie i się stąd ulotnić. Zaułek był na tyle ciemny i wąski, a noc już późna, że nikt nie powinien ich raczej przyłapać, ale Dalien nie chciał, żeby Cia go rozpoznała.
Widząc nadchodzącą dziewczynę, wyprostował się, wycelował w nią różdżkę i rzucił niewerbalne zaklęcie Obliviate, chcąc usunąć jej z pamięci wspomnienie tamtego wieczoru w Ministerstwie, kiedy go spotkała w pracy przypadkiem. Tego, kiedy rzucał na nią Imperiusa.
Jeśli mu się udało usunąć jej wspomnienia (patrzył jej w oczy, sprawdzając, czy cokolwiek się w nich zmieniło), cofnął klątwę Imperius.
 
   Podziel się na:  
Irytek


Wysłany: 2015-01-02, 12:29   

KLIK!

Zaklęcie trafiło, Dalienowi udało się usunąć wspomnienie Felicii.
_________________

LEGENDA WALK

[atak] - kostka 1k6
Postacie do 30 roku życia włącznie:

1, 3, 5 - zaklęcie trafiło
2, 4, 6 - zaklęcie chybiło

Postacie w wieku 31 lat i starsze:

1, 3, 5, 6 - zaklęcie trafiło
2, 4 - zaklęcie chybiło


[obrona] - kostka 1k10
Postacie do 30 roku życia włącznie:

1, 3, 5, 7, 9 - obrona skuteczna
2, 4, 6, 8, 10 - obrona nieskuteczna

Postacie w wieku 31 lat i starsze:

1, 3, 5, 7, 9, 10 - obrona skuteczna
2, 4, 6, 8 - obrona nieskuteczna
dla aurorów:
Postacie do 30 roku życia włącznie:

1, 3, 5, 7, 9, 10 - obrona skuteczna
2, 4, 6, 8 - obrona nieskuteczna

Postacie w wieku 31 lat i starsze:

1, 3, 5, 7, 8, 9, 10 - obrona skuteczna
2, 4, 6 - obrona nieskuteczna
 
   Podziel się na:  
Cia Meadowes
[Usunięty]

Wysłany: 2015-01-03, 04:31   

/to niech będzie wieczór pogrzebu <3

Wyszła całkowicie sama z budynku mini zajazdu, w którym zatrzymała się z Nolanem dzień wcześniej, nie mówiąc nic nikomu, by złapać oddech. Miała bowiem ten rodzaj nadzwyczaj nieprzyjemnego przeświadczenia podpowiadającego jej, że dosłownie musi to zrobić, gdyż inaczej stanie się coś złego. Nie wytrzyma dłużej w tej na pozór normalnej atmosferze, udusi się swoimi własnymi lękami, zginie gdzieś pod natłokiem myśli cisnących jej się praktycznie non stop do głowy… Jednym słowem – nie może dłużej siedzieć w jednym miejscu, bo to doprowadzi ją już do zupełnego szaleństwa.
Chwyciła więc swój czarny płaszcz, nie miała pojęcia dlaczego, ale pomyślała przy tym o kolorze wtapiającym się idealnie w czerń nocy, zamykając za sobą cicho drzwi i zbiegając szybko po schodkach, by dodatkowo, po chwili zastanowienia, narzucić kaptur na jasne włosy, które mimo wszystko targało zimne wietrzysko. W taką pogodę mało kto miał ochotę opuszczać cztery ściany swojego ciepłego mieszkania czy domu.
Może to i dobrze? Miała w końcu wrażenie, że jedynym, czego tak naprawdę może realnie pragnąć w tym momencie, jest odrobina samotności, dzięki której mogłaby spróbować pozbierać myśli, a były do tego przecież mocne i twarde powody. Tyle się w ostatnim czasie działo, zaś ona niekoniecznie umiała nad tym wszystkim zapanować, co tylko pogarszało jej fatalne samopoczucie. Naprzemiennie z czynnikami zewnętrznymi, które, jak na złość!, nie chciały odpuścić nawet na jeden dzień.
Nie wiedząc zbytnio, gdzie tak właściwie przychodzi jej się kierować, zdała się na swoje własne nogi, pozwalając im wybierać drogę, by stanąć wreszcie pośrodku ciemnej i niekoniecznie przyjaźnie wyglądającej uliczki, rozglądając się z ciekawością dookoła. Zauważając coś wreszcie i otwierając szeroko usta, jakby chciała powiedzieć coś lub wrzasnąć, jednak nie mówiąc kompletnie nic.
W nagłym spokoju, stając w miejscu, aby wbić spojrzenie w ten jeden jedyny punkt, mrugając tylko z początku intensywnie. I mrugnięcia po chwili jednak ustały, zaś oczy samej Cii stały się jakby puste i… Mętne? Bez wyrazu, jakby nie tyle, co nie pojmowała sytuacji mającej teraz miejsce, a zwyczajnie wyłączyła się na moment.
 
   Podziel się na:  
Dalien Ellis



Don't you know the cost of your betrayal? You're the one who's lost, you're gonna fail!

Auror

36

czysta

rozwodnik







2525

Różdżka, dwukierunkowe lusterko (drugie ma Elise Swain), peleryna niewidka, przechwycenie cudzej sowy z listem x2, Felix Felicis x1, samopiszące pióro, ujawniacz, niewidzialny atrament, bezoar x1, veritaserum x1

Wysłany: 2015-01-03, 10:45   
   Multikonta: Alchemik, Aidan, Barty Crouch sr, Tim, Chester


Gdyby był śmierciożercą z krwi i kości, dałby sobie teraz spokój ze wszystkim i uznając, że cofnął zaklęcie, po prostu by się ulotnił, zostawiając Felicię samą. Przestałaby go obchodzić, jako narzędzie, które zostało już użyte i nie przyda się więcej. On jednak nie był śmierciożercą, był aurorem, znał dobrze tę dziewczynę i przejmował się jej stanem, a miał teraz wrażenie, że coś jest nie tak. To właściwie normalne - nagle obudziła się w dziwnym miejscu, pewnie nie do końca wiedząc, co tu robi, nagle przestała odczuwać jakąś dziwną błogość, wyłączającą prawie całkowicie jej myśli i wolę, nie czuła się już, jakby bujała w chmurach. Pewnie odczuła to jako zejście na ziemię, być może nagle stała się jakaś dziwnie ciężka i już nie "lewituje" kilka cali nad ziemią. Nie wie, gdzie jest i co się dzieje...
To głupie z jego strony i wiedział o tym, ale został jeszcze chwilę, obserwując koleżankę i patrząc, czy na pewno wszystko jest w porządku, tylko po prostu jest w szoku. Cofnął się o krok, wciąż celując w nią różdżką i czekając, aż dotrze do niej, gdzie jest i co widzi wokół siebie, bo teraz sprawiała wrażenie, jakby była jeszcze bardziej bezwolna i miała pustkę w głowie.
Na wszelki wypadek znów machnął różdżką, cofając klątwę Imperius - może poprzednim razem nie wyszło? Może teraz będzie skuteczniej? A może przesadził z Obliviate?
A może Cia po prostu w ten sposób reagowała na całą tę sytuację i za chwilę dojdzie do siebie. Wtedy będzie można ją zostawić w spokoju. Cały czas w każdym razie Dalien był przygotowany na to, że aurorka się otrząśnie z szoku i spróbuje go zaatakować.
 
   Podziel się na:  
Alastor Moody



What doesn't kill me should run, because now I'm fucking pissed.

Auror

37

Czysta

W związku z własną piersiówką







472

Różdżka, teleportacja łączna, fałszoskop, eliksir wielosokowy, łzy feniksa x1, świstoklik

Wysłany: 2015-01-03, 11:42   
   Mów mi: Mudi
   Multikonta: Ofelka, Rita, Augusta, Jack


// ten sam czas

Można pomyśleć, że wieczorne przechadzki nie są najbezpieczniejsze, szczególnie w naszych czasach. Nie powinno się wychodzić szczególnie samemu, lepiej po prostu zostać w domach. Była jednak jedna osoba, która bardzo lubi sprawdzanie terenu nocą, a która bynajmniej drabem nie jest - Moody.
Alastor od zawsze był aurorem, który stawia przede wszystkim na swoje przeczucia. Najważniejsza dla niego jest stała czujność, którą kieruje się przez całe swoje życie. Nieważne, czy chodzi o pojedynek ze Śmierciożercą, czy o otwieranie prezentu urodzinowego - stała czujność!
Tym razem stwierdził po prostu, że zrobi obchód. Pogrzeb był doskonałą okazją do wszelkiego rodzaju ataków, aż dziw bierze, że nic się tym razem nie stało. Najwyraźniej Czarny Pan nadal działał według metody "dziel i rządź", choć akurat takiego tłumu nie musiał się obawiać. Z drugiej strony byli tam aurorzy, choć nieliczni - może po prostu nie chciał ryzykować?
Alastor zbliżył się tym swoim nierównym krokiem do załomu uliczki, trzymając rękę w pobliżu różdżki. Na starość pewnie nabawi się przez to jakiegoś skrzywienia, magomedyk uznałby, że to niepoważne...
Charakterystyczne dla Moody'ego było jednak działanie po godzinach. I wtedy był równie nie do zniesienia, co w ciągu pracy.
Od tyłu zauważył wyraźnie kobiecy płaszcz. W ciemnej uliczce nie dało się rozpoznać szczegółów, tego był jednak pewny.
Przyśpieszył kroku, kobieta stała bowiem nieruchomo, co było co najmniej dziwne. A dziwne oznaczało podejrzane.
Czym bliżej od dziewczyny się znajdował, tym więcej szczegółów mógł rozpoznać. Był pewny, że widział już ten płaszcz. Na pogrzebie.
- Felicia? - spytał. Cała sytuacja trąciła mu wyraźnie czarną magią. Jak aurorka może tak stać nieruchomo na ulicy, jeśli coś jej się nie dzieje? Jak?
Bez magicznego oka, jakie miał dopiero zdobyć, nie widział czającej się w mroku postaci.
 
   Podziel się na:  
Cia Meadowes
[Usunięty]

Wysłany: 2015-01-04, 05:17   

To było wrażenie swą intensywnością porównywalne do kubła pełnego przeraźliwie lodowatej wody, z kostkami lodu dołożonymi do tego obficie, którą ktoś bez chwili zawahania wlał jej za kołnierz, śmiejąc się przy tym w sposób kompletnie ją rozpraszający.
Rozproszenie… To było chyba całkiem dobre słowo do opisania stanu Felicii, jednak dziewczyna miała wrażenie, że czegoś jeszcze w nim brakuje, że nie pokazuje ono sobą pełni tego wszystkiego, co teraz przyszło jej odczuwać.
A to… To balansowało gdzieś mniej więcej pomiędzy nieokreślonego rodzaju przerażeniem spowodowanym nieznajomością miejsca, w którym się znajdowała, jak i również przyczyny swej obecności tutaj… Ciężkim do nazwania wrażeniem bycia wciskaną w podłoże przez jakąś niewidzialną siłę, bólem głowy najprawdopodobniej pochodzącym właśnie od tego, nagłym zapotrzebowaniem na szybkie łykanie powietrza, którego jak gdyby nagle zaczęło jej brakować… Sercem trzepoczącym się w piersi niczym niewielki ptaszek złapany w klatkę i pragnący się z niej wydostać, wspomnianym wcześniej zimnym dreszczem…
Jednym słowem – między czymś złym a jeszcze gorszym. Złym przez te pierwsze wrażenia, które złapały ją w swoje sidła, nim jeszcze zdążyła choć trochę ogarnąć rozbiegane myśli. Gorszym właśnie przez nie. Przez pojawiające się niechybnie bodźce popychające ją ku zastanawianiu się nad tym, dlaczego znalazła się gdzieś, gdzie zdecydowanie nie powinno jej być. Gdzieś, gdzie nie powinno być raczej nikogo, bowiem…
Nieważne zresztą. Najistotniejszy w tym wszystkim był w końcu fakt, że to ją przerażało. Cała ta sytuacja, brak świadomości tego, co zrobiła, by pojawić się tutaj. Silniej niż zwykle, mocniej niż normalnie. Może z powodu tego, że nie była to raczej okolica jej znana? Jedna z tych, w które zapuszczała się nawet podczas swoich patroli czy spacerów bez większego celu.
A przecież Cii nie dało się, przynajmniej nie ot tak, nazwać osobą wybitnie lękliwą. Teoretycznie zdarzało jej się nawet zachowywać o wiele bardziej beztrosko niż należało. Zupełnie nieadekwatnie do tego, czego oczekiwali po niej inni ludzie. Teraz jednak tak nie było, co wprawiało ją w jeszcze większe osłupienie, dosłownie wmurowując jej nogi w podłoże. Tak, że złudzenie ich ciężaru w jej umyśle zamieniało się w coś faktycznego. Jakby naprawdę jej nogi stworzone były z twardego żelaza.
Miała jednak wrażenie, że nie powinna się na nich skupiać. Do cholery!, była przecież aurorką, zaś w ich naturze należała chęć do przynajmniej cząstkowego panowania nad sytuacją. A jeśli już nie panowania, to przynajmniej częściowego zrozumienia jej zaistnienia. Tymczasem ona czuła się niczym dziecko błądzące we mgle. Ha!, na dodatek takie, które tłumiło gdzieś tam w sobie obawę, że znowu przydarzyło mu się coś zupełnie nie do wyjaśnienia, jak to już bywało w jego przeszłości.
Nie mogąc pojąć tego, dlaczego jeszcze moment wcześniej nie potrafiła oderwać wzroku od mroczniejszego kawałka uliczki – w którym przecież kompletnie nic nie widziała, rozejrzała się dookoła, marszcząc brwi i oddychając jakby płycej. Czuła się tak… Nie, nie potrafiła tego określić, jednak napięcie w niej wyraźnie nie chciało odpuścić. Doprowadzając do tego, że podskoczyła gwałtownie na dźwięk głosu za jej plecami. Brawo, aurorko… Sięgając do kieszeni swej szaty, w której jakimś cudem nie spoczywała jej różdżka. Kolejne brawo, aurorko. W płaszczu zresztą nie. Teraz to już prosimy o zakichane owacje na stojąco.
Całe szczęście, zgodnie z takim powiedzonkiem o głupich?, już po krótkiej chwili rozpoznała głos, obracając się powoli z nietęgą miną.
- Och, to ty. – Powiedziała jakby lekko bezrozumnie, mrugając powiekami. – Co tutaj robisz o tej porze? – Spytała jeszcze, zagryzając lekko wargę.
Jej głowa… Bolała i była taka… Ciemna? Pusta? Otulona mgłą? Coś w ten deseń. I nawet sama Cia nie mogła powiedzieć, w którym momencie, jednak z jej ust wyszło dosyć paniczne:
- I co JA robię w takim miejscu w środku nocy…?
 
   Podziel się na:  
Dalien Ellis



Don't you know the cost of your betrayal? You're the one who's lost, you're gonna fail!

Auror

36

czysta

rozwodnik







2525

Różdżka, dwukierunkowe lusterko (drugie ma Elise Swain), peleryna niewidka, przechwycenie cudzej sowy z listem x2, Felix Felicis x1, samopiszące pióro, ujawniacz, niewidzialny atrament, bezoar x1, veritaserum x1

Wysłany: 2015-01-04, 14:37   
   Multikonta: Alchemik, Aidan, Barty Crouch sr, Tim, Chester


Drgnął niespokojnie, kiedy w uliczce pojawiła się kolejna osoba. Skierował różdżkę w jej stronę, w razie, gdyby musiał się bronić, ale ten człowiek - w którego sylwetce, a później głosie rozpoznał Moody'ego - chyba go nie widział. To dobrze, bardzo dobrze, tym bardziej, że Cia chyba również zaczynała odzyskiwać kontakt z rzeczywistością. Dobrze, że zjawił się tu akurat Moody, to dobry auror, powinien umieć się zaopiekować Felicią, gdyby coś było z nią nie tak. Zaklęcie w każdym razie zostało zdjęte, wyglądało na to, że dziewczyna nic nie pamięta, a Dalien był pewien, że jego Obliviate również się powiodło, więc mógł stąd zniknąć. Schował więc różdżkę i deportował się z charakterystycznym dla tej czynności trzaskiem.

/zt.
 
   Podziel się na:  
Alastor Moody



What doesn't kill me should run, because now I'm fucking pissed.

Auror

37

Czysta

W związku z własną piersiówką







472

Różdżka, teleportacja łączna, fałszoskop, eliksir wielosokowy, łzy feniksa x1, świstoklik

Wysłany: 2015-01-05, 23:32   
   Mów mi: Mudi
   Multikonta: Ofelka, Rita, Augusta, Jack


Tak, miał całkowitą rację. To była Cia, na dodatek zupełnie oderwana od rzeczywistości. Moody dawno nie widział jej w takim stanie, choć ostatnio rzeczywiście niepokoił się trochę jej zachowaniem. Widzać było, że coś tu wyraźnie nie gra.
I rzeczywiście w jej spojrzeniu malował się strach, a jej słowa zdradzały, że nie ma pojęcia, w jaki sposób znalazła się nocą na pustej, wybrukowanej uliczce w Dolinie Godryka. Podszedł więc do niej bliżej, starając się opanować ruchy tak, by były spokojne i pewne. Miał wrażenie, że musi w tej chwili postępować z nią jak z niepewnym, wystraszonym zwierzątkiem, które trzeba było zapewnić, że nie powinno już się bać, że wszystko jest ok.
- Spokojnie, nic się nie dzieje - powiedział, opierając dłoń na jej ramieniu. - Jesteś w Dolinie Godryka, co prawda nie mam pojęcia, czemu spacerujesz po nocy, ale jest na tyle bezpiecznie, że nic ci nie grozi.
Dla siebie zachował zwyczajowe narzekania, że NIGDZIE nie jest bezpiecznie i że ZAWSZE ludziom ich pokroju coś grozi. Starał się jednak uspokoić młodą kobietę, która musiała w tej chwili czuć się okropnie. Zagubiona, może nie na miejscu.
- Może lunatykowałaś? - spytał, patrząc w niebo, starając dostrzec się księżyc, odkryć, w jakiej jest teraz fazie. Z tyłu głowy wzbierały mu jednak niepokojące przeczucia. Puścił Cię i odwrócił się, rozglądając, zdołał jednak wykonać jedynie kilka kroków, gdy usłyszeli charakterystyczny trzask. Odgłos teleportacji.
Reakcja Moody'ego była błyskawiczna i nieoczekiwana. W biegu wyjmując różdżkę puścił się pędem przed siebie, uliczka była jednak całkowicie pusta. Wrażenie obcej obecności znikło, a Alastor miał pewność, że właśnie zawalił zadanie.
Dla pewności rzucił zaklęcie zdradzające obcą obecność.
- Homenum Revelio! - mruknął pod nosem. Miał jednak rację - w pobliżu nikogo już nie było.
W wyraźnie widocznym złym nastroju wrócił do Cii, która nadal wydawała się skonfundowana.
- Cia, musisz mi powiedzieć, czy pamiętasz coś z tego wieczora? Albo czy masz inne luki w pamięci? - spytał bez ogródek, starając się jednak być oazą spokoju, co średnio mu w tej chwili wychodziło.
Za chwilę dziewczyna połączy zapewne fakty, a wtedy okaże się, czy Szalonooki rzeczywiście ma rację.
 
   Podziel się na:  
Cia Meadowes
[Usunięty]

Wysłany: 2015-01-06, 22:53   

Jeśli ktoś chciałby w tym momencie zacząć wypytywać ją o to wszystko, co tkwiło w jej pamięci... Z pewnością dosyć szybko musiałby z tego zrezygnować, może nawet natychmiastowo, bowiem było to działanie raczej z góry skazane na porażkę. I nie chodziło tutaj już nawet o to, że miała coś wybitnie istotnego do ukrycia, bo tak nie było, a zwyczajnie o sam fakt kompletnej niewiedzy, pustki żywo istniejącej sobie w umyśle Meadowes.
Oczywiście, nie było tak, że nie potrafiła zupełnie nic powiedzieć, jednak ostatni czas w jej pamięci zdawał się być przysłonięty mgłą. Gęsta i nadzwyczaj ciężką do obejścia, powodującą coraz to mocniejszy ból głowy za każdym razem, gdy tylko usiłowała mocniej się skupić.
Nadaremno. Mogła dosyć swobodnie powiedzieć, co robiła jeszcze jakiś czas wcześniej, jednak nie potrafiła zaznaczyć tego wyraźnie w jakimś punkcie czasowym. Ba!, była wręcz stuprocentowo pewna, że jej odpowiedź nie byłaby raczej poprawna, gdyby ktoś spytał ją o dzisiejszą datę. Powiedzenie czy był jeszcze piętnasty, czy może już początkowe godziny szesnastego stycznia... Określenie daty jakimś cudem wydawało jej się czymś nazbyt ciężkim, nie do wykonania.
Zwłaszcza przy tym wszystkim, co dosłownie wirowało w jej umyśle, obijając się o czaszkę i powodując u Felicii coś zbliżonego do migreny. Pojedyncze obrazy, myśli... Wspomnienia? Różnego rodzaju scenki, wielokrotnie urwane, które zapisały się w jej pamięci z jakiegoś powodu? Sny czy prawda? Obie te opcje w jakimś sensie jej nie pasowały. Sen wraz z wydarzeniami rozgrywającymi się tylko w jej umyśle czy prawda, przy której należało niepokoić się o to, co też dzieje się z jej skokami w rzeczywistości?
Uspokajając wreszcie lekko rozbiegane spojrzenie, choć niepokój wraz z całą gamą innych negatywnych uczuć wciąż widoczny był w jej oczach, spróbowała skupić wzrok na jedynym dosyć pewnym punkcie w tym miejscu – na Alastorze. Choć… Czy aby na pewno pewnym, jakkolwiek by to nie brzmiało? Czyż to nie on sam miał manię na punkcie zachowywania ostrożności i nieustannej uwagi? I czy ona nie znalazła się nagle w kompletnie sobie nieznanym miejscu, na dodatek zwyczajnie nie potrafiąc dodać dwa do dwóch?
Do tej pory, bo teraz… To było bardziej niż podejrzane, zaś ona musiała skupić na czymś myśli, by nie oszaleć od prób ogarnięcia tego, co się stało. Od chęci odgadnięcia, odgrzebania tego, czego nie mogła sobie przypomnieć, przypomnienia sobie, zrozumienia całej sytuacji… Ogólnego dowiedzenia się, bo bez tego…
Bez tego zwyczajnie zaczynała zżerać ją panika. Musiała mieć choć cząstkową kontrolę nad sytuacją, nie mogła ot tak jej utracić i nie wiedzieć kompletnie czy nic się nie stało, czy nie zrobiła czegoś niewybaczalnego w stanie nieświadomości. I czy te wszystkie oderwane od siebie wizje były faktem. A może tylko wytworem jej, pogrążającego się coraz bardziej w jakiejś niepojętej chorobie, umysłu?
Ponownie sięgnęła do kieszeni, zapominając całkowicie o tym, że już badała ją w poszukiwaniu pozostawionej gdzieś różdżki. Bez niej była praktycznie bezbronna i gdyby jej towarzysz miał wobec niej złe zamiary… Byłaby nadzwyczaj łatwą ofiarą, choćby starała się z całych swoich sił, bo magia zawsze miała przewagę nad zwykłymi, mugolskimi sposobami obrony. To Cia wiedziała aż nazbyt dobrze, spinając się jeszcze bardziej, gdy dotknął jej ramienia. Co robił tutaj o tak późnej porze? Nie odpowiedział jej, a przyjście tutaj ich dwójki w tym samym czasie było za dużym zbiegiem okoliczności.
Na słowa o bezpieczeństwie, pokiwała więc tylko głową, przełykając ślinę i kompletnie nic nie mówiąc. Musiała coś zrozumieć. Ha!, musiała ogarnąć nadzwyczaj wiele, a kompletnie nic jej w tym nie pomagało. I nie, nie lunatykowała. Jej tylko zdarzało się tracić świadomość i dalej działać jak normalny, przytomny człowiek, budząc się pośrodku jakichś dziwnych, częstokroć mrożących krew w żyłach miejscach, by następnie usiłować ogarnąć, co jest grane. I nie, to nie wychodziło.
- Nie… – Powiedziała, rozglądając się wokoło, aby dodatkowo zerknąć przelotnie na niebo. Księżyc akurat schowany był za chmurami, z których wcześniej musiał padać deszcz, jednak mogła prawie z pewnością powiedzieć, że nie było pełni. – N-nie wiem… – Zawahała się jednak, kończąc i pragnąc dodać coś jeszcze, gdy nagle w ciemniejszym kącie uliczki rozległ się trzask, na który mimo wszystko chciała zareagować odruchowo, jednak jej nogi wciąż jakby wmurowane były w podłoże. Tak ciężkie i nieudolnie stawiające kilka kroków w tył, gdy tylko jakoś udało jej się oderwać stopy od ziemi.
- Kto to był…? – Spytała twardo, nie kryjąc zdenerwowania i nadal się wycofując. – Dlaczego tu jesteś? Sam mówisz o czujności, dlaczego mam ci teraz zaufać? Skąd mam wiedzieć, że ty to ty, a nie ktoś inny? – Wyrzucała z siebie pytania, patrząc na Moody’ego tym razem ze znacznie większą uwagą. Chwilowo nie odpowiadała na pytanie, musiała się wpierw upewnić.
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo






Grafikę na forum wykonała Seba pod okiem Daliena. Jej elementy zostały znalezione w internecie. Styl jest dziełem Curly, a kody zostały stworzone przez administrację, przy pomocy niektórych znalezionych w odmętach internetu. Nie kopiuj, zapytaj.