Nobody can save you now... Strona Główna



Poprzedni temat «» Następny temat
Cmentarz
Autor Wiadomość
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-09-17, 14:34   Cmentarz

Cmentarz



Staruszka już trzeci raz dzisiejszego dnia przekroczyła bramy cmentarza. Wiedziała, że czasy w których żyje są pełne śmierci i niebezpieczeństwa, ale nie mogła się pogodzić z tym, że jej kochany syn odszedł już z tego świata. Był przecież taki młody, pamiętała jego pierwsze kroki, pierwsze słowa, to jakim niesamowitym był czarodziejem. Kobieta potknęła się o kamień leżący na ziemi i skrzywiła usta. To miejsce przyprawiało ją o ból serca, ale nie może pozwolić by był tu sam. Przecież kto inny go odwiedzi jak nie matka? Kto przyjdzie, posprząta i powie, że nic się nie stało? Nie złości się na niego, nie mogłaby. Dotarła do trzeciej alejki i zaczęła oglądać groby. Wszystkie świeże, jeszcze piękne, lśniące. Śmierć może być piękna, ale nie wtedy, kiedy jedynym miejscem, gdzie możesz odwiedzić swoje dziecko jest cmentarz. Podeszła do grobu syna i przejechała po nim zmarszczoną ręką.
- Wstawaj, Mikusiu, wstawaj. –mruknęła, a po jej policzkach popłynęły łzy.
 
   Podziel się na:  
Hayley Bradford
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-08, 01:58   

[Początek]

Grudzień wielkimi krokami zmierzał ku końcowi. Od kilku dni niemal cała Dolina Godryka nieustannie spowita była grubą warstwą białego puchu przez co z pola widzenia mieszkańców zniknęły wszystkie zielone fragmenty, a przecież te były jednym z wyróżników tego miejsca. Jednocześnie tworzyło to zapierający dech w piersiach, zimowy krajobraz – nie można inaczej określić obrazu pokrytego lodowymi kryształkami drzewa, którego opustoszałe gałęzie połyskiwały w świetle księżyca. Dzisiejszego wieczoru to było wyjątkowo intensywne podobnie jak duża była liczba gwiazd na atramentowym niebie. Najwidoczniej zapowiadała się wyjątkowo mroźna noc i rzeczywiście tak było, ponieważ wystarczyło, że Hayley otworzyła drzwi wyprowadzające ją bezpośrednio na zewnątrz domu by mogła przekonać się o tym na własnej skórze. Temperatura bez wątpienia musiała sięgać kilku jeśli nie kilkunastu stopni poniżej zera sądząc po fali zimnego powietrza jakie natychmiast owiało całą jej drobną posturę. Jednak to nie stanowiło dla Hales nawet najmniejszej przeszkody ani nie sprawiło, że po kilku sekundach zastanowienia cofnęła nogę za próg, ponieważ nastąpiła zmiana planów i nigdzie się nie wybiera. Wręcz przeciwnie, naciągnęła grube, wełniane rękawiczki na swoje dłonie, a szalik szczelnie owinęła wokół szyi. Powód jej wyjścia z posiadłości nie był niczym szczególnym i zarazem niczym, co nie wydarzyłoby się już wcześniej. Odpowiedź jest bardzo prosta i wyjątkowo krótka – rodzice. Pani Bradford po raz kolejny postanowiła wyrazić swoją przesadną troskę w sposób, którego Hayley osobiście nie tolerowała. Dziś przyszła kolej na kolejną łzawą historię, a była nią opowieść wprost ze szpitala Świętego Munga, w którym kobieta pracowała. Jak łatwo się domyślić pojawił się cały szereg słów, że nie chce by któregoś dnia wśród pacjentów sprowadzonych tam w bardzo ciężkim stanie ujrzała Hales. Nie wytrzymała i po postu wyszła pośpiesznie porywając swoje odzienie z wieszaka. Brunetka miała zaledwie dwadzieścia trzy lata, była jeszcze bardzo młoda, brak jej było doświadczenia życiowego i choć była prawdziwym wojownikiem potrzebowała chwili wytchnienia, nie mogła i nie potrafiła żyć pod ciągłą presją.
Dlatego też postanowiła odwiedzić siostrę jakkolwiek irracjonalnie to nie zabrzmi. Ona zawsze wiedziała co robić w takich sytuacjach. Wiedział też Arthur, ale ten z kolei się nią nie interesował i nie był to pierwszy raz kiedy tak się działo. Cmentarz w Dolinie Godryka był jednym z najczęściej odwiedzanych przez nią miejsc w przeciągu ostatniego półrocza. Potrafiła godzinami przesiadywać przy jej nagrobku, tak zwyczajnie, w miedzy czasie rozmyślając o całej stercie różnych trapiących ją kwestii jak gdyby miała pewność, że Alice jest tuż obok, że jak zawsze ją wysłucha i przede wszystkim doskonale zrozumie. Często odnosiła takie wrażenie, nie tylko będąc w tym szczególnym miejscu. Zazwyczaj wtedy, kiedy przychodziła jej do głowy totalna głupota – natychmiast myślała o Alice, która nigdy by tego nie pochwalała i… Przestawała. Podążając do swojego małego celu co rusz mijała mniejsze bądź większe domy. W wielu z nich przez okiennice mogła dostrzec poszczególnych członków rodzin oraz połyskujące choinkowe lampki, które wciąż przypominały o tegorocznych świętach będących przeszłością od zaledwie kilku dni. Nie wiedzieć kiedy dotarła do wielkiej, mosiężnej, w niektórych punktach już pokrytej rdzą bramy. Pchnęła ją zdecydowanie, a ta w odwecie zaskrzypiała gwałtownie przerywając nieskazitelną nocną ciszę. Drogę do nagrobka Alice znała doskonale tak więc w kolejne dróżki zagłębiała się niemal automatycznie. Dotarłszy na miejsce najpierw rzuciła okiem na wygrawerowane na płycie nazwisko, a chwilę później pochyliła nad niewielką drewnianą ławkę by za pomocą rękawa płaszcza strzepnąć z niej warstwę śniegu. Usiadła na jej niewielkim fragmencie jednocześnie rozglądając się na boki, lecz nie było to wynikiem strachu czy obawy. Po prostu chciała sprawdzić czy jest tutaj sama.
Nie lubiła zimy. Zawsze marzł jej nos.
Ostatnio zmieniony przez Hayley Bradford 2014-10-28, 02:02, w całości zmieniany 1 raz  
 
   Podziel się na:  
Arthur Warren



Expose yourself to your deepest fear; after that, fear has no power, and the fear of freedom shrinks and vanishes. You are

pracował w wydziale duchów w MM

26

czysta krew

wdowiec







80

różdżka, teleportacja łączna, eliksir wielosokowy, wywar żywej śmierci, felix felicis x1, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności x3

Wysłany: 2014-10-08, 14:55   
   Mów mi: Artek, Karolina
   Multikonta: Alice, Megan, Amycus


/ po spotkaniu z Amelią

Są takie dni, kiedy myślisz, że masz wszystko pod kontrolą, a jedna rzecz potrafi cały Twój mentalny spokój i harmonię wywrócić do góry nogami. Planujesz coś, obiecujesz sobie i robisz to dla dobra siebie i innych, ale w końcu i ta spotyka Cię coś co te plany zmienia i całkowicie niszczy. Dla niego takim czynnikiem niszczącym w nim wszystko co sobie zdążył ułożyć było spotkanie z Amelią. Podróż sentymentalna do samego źródła, do rodziny. Arthur zdążył już sobie wszystko poukładać. Dopóki nie zrobi tego czego od siebie oczekuje nie będzie wracał do tego co było. Do rodziny, do wspomnień, do Alice czy do Hals. Chociaż wiedział, że wszystkich oprócz jego ta zmiana dotknie i zaboli. Prawdopodobnie gdyby nie spotkał się z Amelią teraz nie przekraczałby bram cmentarza. Rozejrzał się czy aby na pewno nikt mu się nie przygląda, ale oczywiście tego nie mógł być pewny. Tutaj – w Dolinie Godryka każdy wiedział o wszystkim. Ciężko było ukryć cokolwiek dlatego wcale nie dziwił się, że wszyscy ludzie tutaj mówili o nim tylko jedno słowo: zdrajca. Mężczyzna przeszedł przez ścieżkę, jedyną odśnieżoną. Czuł zimny wiatr przeszywający mu kości i śnieg skrzypiący pod butami. Lubił zimę. Zima kojarzyła mu się zawsze z urodzinami, prezentami na Boże Narodzenie i urodziny, wypiekami jego mamy, ubieraniem choinki, dzieleniem się lukrową laską z Hayley. Każda pora roku miała swoje plusy i minusy, ale zdecydowanie w tym momencie było mu wszystko jedno. Mijał kolejne nagrobki. Zdziwiony był jak bardzo zwiększyła się ich liczba od ostatniego jego pobytu tutaj. Słyszysz nazwiska, wiesz kto zginął, ale dopiero przychodząc w takie miejsca zdajesz sobie sprawę jak wielu poległo już w wojnie o bezsensowne idee ratujące ponoć świat. Ponoć bo przecież mało kto wierzył, że czas, który przyjdzie będzie lepszy od tego, który już zdążyli poznać. Śnieg przysypał tablice i wiek, ale wiedział, że wcześniej ten cmentarz był mniejszy, nie było tu tylu poległych. W głowie pojawiła mu się myśl, że dobrze, że Czarny Pan przynajmniej daje szanse na pochowanie ofiar. W tym momencie skarcił się w głowie. Przebywanie ze Śmierciożercami nawet na pokaz zmieniało człowieka. Ostatni kawałek drogi do nagrobka swojej żony pokonał szybko, zbyt szybko. Prawdopodobnie gdyby był ostrożniejszy nigdy nie doszłoby do sytuacji, która zaraz będzie miała miejsce. Arthur myślał o tym, że nie powinno być tak, że odwiedza swoją drugą połówkę na cmentarzu i że ona nie byłaby zadowolona z tego jakim człowiekiem był teraz Arthur, jakim musiał być. Robił to dla niej, ale i tak ta myśl go dobijała. Poniósł wzrok znad swoich butów i spojrzał wzrokiem w stronę nagrobka Alice. Ku jego zdziwieniu nie była sama. Osobę poznał od razu. Nie mógł jej nie poznać. Skulona w ten sam śmieszny sposób, trzymająca ręce splecione w znajomych rękawiczkach. I choć siedziała tyłem Arthur był pewny na sto procent jaką teraz ma minę i wzrok. Chwila zawahania – jego błąd. Nie powinien się jej przyglądać. To zbyt wiele. Spotkanie z Amelią, przyjście na cmentarz i Hals. Wszystko to obijało mu się echem w głowie. Każdy błąd i powtarzanie bez sensu jakim idiotą był, że to zrobił. Odwrócił się automatycznie, a śnieg zaskrzypiał pod jego nogami. Mógł się teleportować – kolejny błąd. Coś czuje, że wyczerpał całkowity limit błędów na swoje całe życie.
_________________
the future starts today, not tomorrow
 
   Podziel się na:  
Cia Meadowes
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-16, 20:34   

/późny wieczór trzy dni przed końcem roku (gry nie toczą się w jednym czasie); wiem, że post dno :<

To było niczym jakaś wybitnie marna imitacja powrotu do przeszłości, w której to w podobny sposób skradała się choćby za nagrobkami i niknęła w cieniu, by próbować zaskoczyć matkę czy też brata swoim nagłym zjawieniem się znikąd tuż za ich plecami.
Teraz powtarzała dokładnie te same czynności, tyle tylko, że tym razem nie było w nich ani odrobiny wcześniejszej dziecięcej lekkości, choć jakiś kawałek jej osobowości niezmiernie radował się z takiego a nie innego przebiegu sytuacji.
Gdy więc jedna część Cii skupiała się na precyzji i tym, by pozostawiać dziewczynę niezauważoną przynajmniej do odpowiedniego momentu, na tyle długo, aby zyskać potrzebną do powodzenia przewagę, druga… Cóż, dla drugiej nie było to niczym więcej niźli tylko pysznym polowaniem na ofiarę, czajeniem się na nią i tym, co koty opanowały już nadzwyczaj dawno – zabawą z ofiarą, w tym wypadku będącą zbiegłym z niewiadomych przyczyn czarnoksiężnikiem, która miała zwyczajnie ją zmęczyć, by sama wpadła wprost w ręce Felicii.
Dwie zupełnie różne taktyki, osobne podejścia i działania, które jakoś nie chciały się ze sobą pokryć… Łatwe toto zdecydowanie nie było, jednak ona zdążyła już w jakimś stopniu przyzwyczaić się do tych ciągłych sprzeczności powodowanych przez nią samą, a dokładniej – przez jej chorą naturę.
Raz było tak, kolejny inaczej… Praktycznie nie zdarzało jej się powtarzać dokładnie takiego lub choćby zbliżonego schematu, przez co mogła poszczycić się dosyć sporą skutecznością, jednak ile nerwów sama przy tym nałapała, to jej.
Zwłaszcza z wewnętrznym głosem, bynajmniej nie rozsądku, który nie chciał się przymknąć, rzucając te swoje wielce pomocne uwagi. Prędzej ją irytujące niż w jakikolwiek sposób pomagające jej się skupić. W końcu, ile można słuchać czegoś… kogoś, kto nawet nie ma racji bytu?!
Przez moment tracąc nad sobą panowanie, wściekle zamachała nogą, rozgarniając nią hałdy śniegu leżące na jej drodze. Kilka lodowych sopelków, mających teraz nieszczęście poznać bliżej jej but, rozprysnęło się dookoła, niby nie robiąc zbyt dużego zamieszania, lecz w uszach Cii brzmiąc niczym mini armaty uderzające o zamarzniętą ziemię.
Całe szczęście, a może właśnie nieszczęście, osobnik pałętający się kilka kroków przed nią nie dał jakiegokolwiek znaku, by usłyszał coś dziwnego. W pewnym sensie była to rzecz całkiem dobra, bowiem właśnie na pozostawaniu niewidoczną tak jej przecież zależało, choć z drugiej strony aż prosiła się o to, by wreszcie cokolwiek wyraźniej podziałać, bowiem zaczynało jej być coraz bliżej do nastroju w typie dosyć destrukcyjnym, co wiązało się ze wzmożoną aktywnością tej drugiej części, która podszeptywała jej rzeczy niekoniecznie dobre dla zachowania spokoju.
Zaczajając się za największym z pomników, przeszła do biernej obserwacji mężczyzny. W tej chwili myśląc tylko o tym, by wreszcie zrobił cokolwiek, zamiast kręcić się w jednym i tym samym miejscu.
 
   Podziel się na:  
Carmen Bulstrode
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-16, 23:36   

Nie myślcie sobie, że mi się spieszyło do roboty. Oj, nie. Co to, to nie! Miałam swój rozumek i mój rozumek mówił mi, że dziś zapewne byłabym paskudnie złym człowiekiem dla klientów Dziurawego Kotła. Otóż tak, choć paskudna byłam zawsze, więc teraz byłabym paskudniejsza, bo rano obudziły mnie stukania i pukania. I to nie w liczbie jeden! NIE JEDEN. Nie jedno niewinne stuknięcie. Nie, nie, nie! Nie w liczbie jeden, bo był ich ogrom i okazało się, że otóż przybył mister Kovalsky z listem od ciotki. Po pierwsze, miałam ochotę mu pióra z dupy powyrywać, ale bałam się, że pokaleczy mi buźkę. Po drugie, jakim cudem ona porwała w swe łapska tę sporawą i nieprzyjazną obcym sowę? Toć ona gotowa była zabić za pogłaskanie. Sam jej wzrok, gdy widziała zbliżającą się dłoń... Dziabnę! Dziabnę aż do krwi! Cały urok Kovalsky’ego.
Co nie zmienia faktu, że otrzymałam sowę, a w niej „prośbę” dopilnowania, by pewien osobnik mógł sobie swobodnie zniknąć poprzez zgubienie ogonka. Tak, ciotka stwierdziła, iż ów osobnik, jej bliski przyjaciel, czuje się zagrożony i nie tylko się tak czuje, bo ktoś go śledzi i pewnie olałabym ciotkę, wyśmiewając też przy okazji przewrażliwionego pana Ktosia, gdyby opis śledzącego kogoś mi nie przypominał. Ahh, cioteczka wiedziała, jak mi wcisnąć dodatkową robotę. Niecna.
I tak oto mój zadek wylądował w Dolinie Godryka, zaś jedna z moich koleżaneczek-z-pracy, nie myślcie, że łączą mnie jakieś bliższe przyjaź... No, dobra. W sumie przyjaźń potrafiła mnie dorwać, zmuszając mnie do bycia względnie miłą dla niewielkiej grupki ludzi, wśród których był też mój braciszek i jego siostrzyczka, ale nie było tam kelnereczek. Ahh, siostrzyczka Gabriela... Laysik. Tęskniłam za tym przerośniętym bobaskiem. Cóż za słodycz... Pfe, zaraz rzygnę tęczą i dam się przelecieć jednorożcowi. Zoofilia mocno.
Cóż, zimno, lód i śnieg. Odpuściłam sobie jakiekolwiek rozmarzanie się pod kątem psot skierowanych w kierunku Layli i ruszyłam na cmentarz, gdzie to mnie ciotka „umówiła” z tym typem. Tak na serio nawet nie miałam prawa z nim rozmawiać, co mówiły jej kolejne słowa. Nawet grzecznego dzień dobry nie miałam prawa powiedzieć, a ja? Żebym ja jeszcze chciała łamać ten punkt ciotkowego regulaminu... Chciałam. I zaraz też nie chciałam, bo okazało się, że opis śledzącego był opisem TEJ osoby, o której pierwotnie pomyślałam i... Wszelkie pomysły uprzykrzenia się przyjacielowi ciotki czy Layli się rozpłynęły. Jakby Cia była słońcem, a sposoby dokuczania lodem. Choć te jej kudły w sumie można było uznać za promyki. Takie blond i takie lśniące. Jak moje. Ohh, jaka ze mnie słodka blondynka. Normalnie serduszkuję te myśli.
Zaszłam cichutko Meadowes od tyłu. Raczej mnie nie zauważyła, bo skupiona była na maltretowaniu sopelków i wlepianiu głodnego wzroku w gościa. Szpetny. Powinna wpaść do Kotła i tam poszukać męża, choć i tam... Wybór nie zawsze bywał.
- BU! – Krzyknęłam na cały głos, wpadając na nią i zaraz też ujmując ręką jej różdżkę. Jeszcze tego brakowało, by wetknęła mi ją w oko lub cisnęła w moje cycki avadą. Głośny okrzyk miał też dać znać kolesiowi, że panna-szpieg jest już zajęta. – No, no, no... Odwiedzić chcę swoją prababkę Petronelę na cmentarzu, a tu lisowy lis przytula marmur. Co tam, Cia? Dawno do mnie nie pisałaś, ani nie wpadałaś... Unikasz mnie? – Wyszczerzyłam się szeroko, myśląc o tych wszystkich popsutych Felicii planach. Teraz już kolejnym. Nie zdziwiłabym się, gdyby mnie znienawidziła już w Hogwarcie. Wiele potrafiła znieść i za to ją kochałam, ale czy ja komuś mówiłam, że go kocham? Powiedzmy, że nie.
 
   Podziel się na:  
Hayley Bradford
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-18, 00:39   

Arthur Warren napisał/a:
/ po spotkaniu z Amelią

Są takie dni, kiedy myślisz, że masz wszystko pod kontrolą, a jedna rzecz potrafi cały Twój mentalny spokój i harmonię wywrócić do góry nogami. Planujesz coś, obiecujesz sobie i robisz to dla dobra siebie i innych, ale w końcu i ta spotyka Cię coś co te plany zmienia i całkowicie niszczy. Dla niego takim czynnikiem niszczącym w nim wszystko co sobie zdążył ułożyć było spotkanie z Amelią. Podróż sentymentalna do samego źródła, do rodziny. Arthur zdążył już sobie wszystko poukładać. Dopóki nie zrobi tego czego od siebie oczekuje nie będzie wracał do tego co było. Do rodziny, do wspomnień, do Alice czy do Hals. Chociaż wiedział, że wszystkich oprócz jego ta zmiana dotknie i zaboli. Prawdopodobnie gdyby nie spotkał się z Amelią teraz nie przekraczałby bram cmentarza. Rozejrzał się czy aby na pewno nikt mu się nie przygląda, ale oczywiście tego nie mógł być pewny. Tutaj – w Dolinie Godryka każdy wiedział o wszystkim. Ciężko było ukryć cokolwiek dlatego wcale nie dziwił się, że wszyscy ludzie tutaj mówili o nim tylko jedno słowo: zdrajca. Mężczyzna przeszedł przez ścieżkę, jedyną odśnieżoną. Czuł zimny wiatr przeszywający mu kości i śnieg skrzypiący pod butami. Lubił zimę. Zima kojarzyła mu się zawsze z urodzinami, prezentami na Boże Narodzenie i urodziny, wypiekami jego mamy, ubieraniem choinki, dzieleniem się lukrową laską z Hayley. Każda pora roku miała swoje plusy i minusy, ale zdecydowanie w tym momencie było mu wszystko jedno. Mijał kolejne nagrobki. Zdziwiony był jak bardzo zwiększyła się ich liczba od ostatniego jego pobytu tutaj. Słyszysz nazwiska, wiesz kto zginął, ale dopiero przychodząc w takie miejsca zdajesz sobie sprawę jak wielu poległo już w wojnie o bezsensowne idee ratujące ponoć świat. Ponoć bo przecież mało kto wierzył, że czas, który przyjdzie będzie lepszy od tego, który już zdążyli poznać. Śnieg przysypał tablice i wiek, ale wiedział, że wcześniej ten cmentarz był mniejszy, nie było tu tylu poległych. W głowie pojawiła mu się myśl, że dobrze, że Czarny Pan przynajmniej daje szanse na pochowanie ofiar. W tym momencie skarcił się w głowie. Przebywanie ze Śmierciożercami nawet na pokaz zmieniało człowieka. Ostatni kawałek drogi do nagrobka swojej żony pokonał szybko, zbyt szybko. Prawdopodobnie gdyby był ostrożniejszy nigdy nie doszłoby do sytuacji, która zaraz będzie miała miejsce. Arthur myślał o tym, że nie powinno być tak, że odwiedza swoją drugą połówkę na cmentarzu i że ona nie byłaby zadowolona z tego jakim człowiekiem był teraz Arthur, jakim musiał być. Robił to dla niej, ale i tak ta myśl go dobijała. Poniósł wzrok znad swoich butów i spojrzał wzrokiem w stronę nagrobka Alice. Ku jego zdziwieniu nie była sama. Osobę poznał od razu. Nie mógł jej nie poznać. Skulona w ten sam śmieszny sposób, trzymająca ręce splecione w znajomych rękawiczkach. I choć siedziała tyłem Arthur był pewny na sto procent jaką teraz ma minę i wzrok. Chwila zawahania – jego błąd. Nie powinien się jej przyglądać. To zbyt wiele. Spotkanie z Amelią, przyjście na cmentarz i Hals. Wszystko to obijało mu się echem w głowie. Każdy błąd i powtarzanie bez sensu jakim idiotą był, że to zrobił. Odwrócił się automatycznie, a śnieg zaskrzypiał pod jego nogami. Mógł się teleportować – kolejny błąd. Coś czuje, że wyczerpał całkowity limit błędów na swoje całe życie.


Chwila ta wyglądała dokładnie tak jak przedstawiała się ona w wyobraźni Arthura. Hayley co rusz pocierała rękawiczką o rękawiczkę w ten sposób najprawdopodobniej chcąc dość nieudolnie rozgrzać swoje przemarznięte dłonie. Nieustannie nie odwracała wzroku od tablicy nagrobkowej po raz kolejny niechybnie przyłapując się na tym, że przez kilka sekund była przekonana, iż spoczywa tam zupełnie nieznana jej dziewczyna, nie jej wiecznie promienna i szczęśliwa siostra, przed którą otworem stało jeszcze całe życie. Prędko jednak nadchodził ten przeszywający bólem moment, kiedy uświadamiała sobie, że Alice Warren to nikt inny jak wyjątkowo bliska jej osoba. Lecz najbliższe okoliczności nie pozwoliły Hayley dumać nad tym zbyt długo. Dziewczyna niewątpliwie należała do osób bystrych i trudno było sprawić by cokolwiek umknęło jej uwadze. Tak też stało się i tym razem. Niezawodny słuch prędko wychwycił, że przestała być tu jedyną osobą. Wszystko to za sprawą grubej warstwy śniegu, na której kolejno stawiane kroki nie mogły pozostać niezauważone. Brunetka niemal całą swoją uwagę skoncentrowała na owym dźwięku nasłuchując czy staje się coraz intensywniejszy, a może wręcz przeciwnie, oddala się w nieznanym jej kierunku, co prawdopodobnie oznaczałoby, że owa osoba przybyła tu w dokładnie takim samym celu jak ona. Miała jednak złe przeczucia choć póki co bezpodstawne. Mimo to zdawała się nie drgnąć nawet o milimetr choć w tym samym czasie jej dłoń niespiesznie i z wielką ostrożnością wędrowała w kierunku miejsca, w którym znajdywała się różdżka. Kiedy już palce Hayley natrafiły na fragment gładkiego drewna zacisnęła na nim palce tak mocno, że jej skóra stała się niebezpiecznie blada. Wszystko to po to by w razie konieczności móc skutecznie się obronić. Czasami miała wrażenie, że udzielają jej się paranoje matki. Jednak patrząc na sytuację z obiektywnego punktu widzenia, nikt z nich nie wiedział jaki był powód śmierci Alice. Oczywiście, była Aurorem, ale jak widać spora ich grupa wciąż żyła i miała się dobrze więc dlaczego tego dnia padło akurat na nią? Hay podejrzewała, że nigdy się tego nie dowie i właśnie dlatego często przychodziły jej do głowy szalone myśli jakoby któregoś dnia mieli wrócić by zabić i ją, tylko i wyłącznie dla zasady, ze względu na ich powiązania. Szybko wymazywała to z pamięci, co nie zmienia faktu, że to czyniło z niej po prostu człowieka – choć na co dzień starała się być niezwyciężona i pozbawiona lęków, strach w obecnych czasach był czymś naturalnym i nie należało się go wstydzić.
Nagle, gwałtowne skrzypnięcie było dla niej ewidentnym sygnałem by przejść do działania zwłaszcza, że miało ono miejsce tuż za jej plecami. Szybko poderwała się z niewielkiej ławeczki na równe nogi stając naprzeciw oprawcy, już twarzą w twarz. Z wyciągniętą przed siebie różdżką miała zamiar wypowiedzieć jedną z formuł zaklęcia, kiedy wyraz twarzy Hales z bojowego powoli zaczął zamieniać się w pełen niedowierzania. Skrzętnie milczała jak gdyby w ten sposób chcąc upewnić się, że to nie jest żadne przewidzenie, a o tym jak wiele nerwów ją to kosztowało idealnie świadczyła klatka piersiowa brunetki unosząca się i opadająca dość szybko mimo usilnych starań Hales by opanować rozszalały oddech. Fakt, że różdżka Hales wciąż tkwiła na wysokości klatki piersiowej Arthura rodził swego rodzaju napięcie – uwierzyła w plotki na jego temat, a może wynikał jedynie z przerażenia Hay? Odpowiedz miała pojawić się lada moment.
– Artek! – padło wreszcie z jej ust. Glos Hales przepełniony był przede wszystkim ogromnym entuzjazmem, ale prawdopodobnie jeszcze większą ulgą. W dokładnie tym samym momencie opuściła różdżkę i stawiając kilka żywiołowych, pospieszonych kroków, które dzieliły ją od jego osoby, po prostu mocno go przytuliła. Wszystko to miała charakter zupełnie spontaniczny, beztroski i spowodowany był szczerą radością na widok przyjaciela.
– Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że w końcu wrócisz! Nawet nie masz pojęcia jakie straszne rzeczy wygadywali na twój temat… Teraz będą ustawiać się w kolejce by Cię przeprosić! – dodała niesamowicie szczęśliwa. Wydawać by się mogło, że jej ręce jeszcze istensywniej zacisnęły się wokół szyi mężczyzny, a dłonie splotła gdzieś na jego karku. To była wspaniała wiadomość, lepszej nie mogła sobie wymarzyć. Teraz znów będą trzymać się razem, przecież tylko oni pozostali sobie nawzajem i wspólnie pokonają każdą przeciwność. Na pewno tak będzie.
Przez te wszystkie lata zdołała doskonale poznać każde jego przyzwyczajenie, każdy nawyk, wiedziała, że oddałby naprawdę wiele za kawałek ciasta wiśniowego i nie istniało chyba nic, co mógłby przed nią zataić, ponieważ nauczyła się czytać z niego niczym z otwartej księgi – miała świadomość, że kiedy jego prawy kącik ust wędrował ku górze, a nos marszczył się w zabawny sposób, to mówił coś wbrew własnym przekonaniom i wiele innych tego typu przykładów. Właśnie dlatego wiedziała także, że nie mógł stać się tak okropną i zdradziecką osobą na jaką starali się wykreować go wszyscy wokoło. Właściwie to za każdym razem towarzyszył jej ogromny szok i zarazem irytacja, że znając go już od dłuższego czasu i wiedząc, że był po prostu super facetem (w innym przypadku nie oddałaby mu ręki swojej siostry tak łatwo!) z taką łatwością spisali go na straty. Wiele razy miała niemałą ochotę potrząsnąć nimi solidnie, ale skoro chcieli wierzyć w te brednie nie zamierzała im tego uniemożliwiać. Ona z kolei walecznie obstawała przy swoim scenariuszu i także nie zamierzała zbaczać na inną ścieżkę. Zawsze wzburzona wychodziła z miejsca, w którym toczyły się konspiracyjne rozmowy na temat jej przyjaciela. Nigdy nie posądzała członków Zakonu Feniksa o tak duże luki w empatii, a jednak najwyraźniej nawet Ci potrafili zawieść. Litości, przecież Arthurowi zaledwie pół roku wstecz banda okropnych Śmierciożerców zamordowała żonę! To normalne, że czuł się zagubiony, rana była jeszcze bardzo świeża. Potrzebował czasu, spokoju, być może samotności by uporać się ze wszystkimi myślami. Może zaszycie się na odludziu miało mu w tym zdecydowanie pomóc i dziś wrócił pełny sił i motywacji do dalszego życia? Hay bardzo gorąco w to wierzyła i nawet nie brała pod uwagę, ze może się mylić albo że to jej naiwność podpowiada jej błędne scenariusze, przecież zawsze miała racje. Wprawdzie w głębi serca w jakimś stopniu miała mu za złe, że nie poinformował jej o swoich planach na najbliższy czas ani nie dawał znaku życia, ale jej wyrozumiałość dla Warrena zdawała się być studnią bez dna.
 
   Podziel się na:  
Cia Meadowes
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-18, 04:46   

Carmen Bulstrode napisał/a:
Nie myślcie sobie, że mi się spieszyło do roboty. Oj, nie. Co to, to nie! Miałam swój rozumek i mój rozumek mówił mi, że dziś zapewne byłabym paskudnie złym człowiekiem dla klientów Dziurawego Kotła. Otóż tak, choć paskudna byłam zawsze, więc teraz byłabym paskudniejsza, bo rano obudziły mnie stukania i pukania. I to nie w liczbie jeden! NIE JEDEN. Nie jedno niewinne stuknięcie. Nie, nie, nie! Nie w liczbie jeden, bo był ich ogrom i okazało się, że otóż przybył mister Kovalsky z listem od ciotki. Po pierwsze, miałam ochotę mu pióra z dupy powyrywać, ale bałam się, że pokaleczy mi buźkę. Po drugie, jakim cudem ona porwała w swe łapska tę sporawą i nieprzyjazną obcym sowę? Toć ona gotowa była zabić za pogłaskanie. Sam jej wzrok, gdy widziała zbliżającą się dłoń... Dziabnę! Dziabnę aż do krwi! Cały urok Kovalsky’ego.
Co nie zmienia faktu, że otrzymałam sowę, a w niej „prośbę” dopilnowania, by pewien osobnik mógł sobie swobodnie zniknąć poprzez zgubienie ogonka. Tak, ciotka stwierdziła, iż ów osobnik, jej bliski przyjaciel, czuje się zagrożony i nie tylko się tak czuje, bo ktoś go śledzi i pewnie olałabym ciotkę, wyśmiewając też przy okazji przewrażliwionego pana Ktosia, gdyby opis śledzącego kogoś mi nie przypominał. Ahh, cioteczka wiedziała, jak mi wcisnąć dodatkową robotę. Niecna.
I tak oto mój zadek wylądował w Dolinie Godryka, zaś jedna z moich koleżaneczek-z-pracy, nie myślcie, że łączą mnie jakieś bliższe przyjaź... No, dobra. W sumie przyjaźń potrafiła mnie dorwać, zmuszając mnie do bycia względnie miłą dla niewielkiej grupki ludzi, wśród których był też mój braciszek i jego siostrzyczka, ale nie było tam kelnereczek. Ahh, siostrzyczka Gabriela... Laysik. Tęskniłam za tym przerośniętym bobaskiem. Cóż za słodycz... Pfe, zaraz rzygnę tęczą i dam się przelecieć jednorożcowi. Zoofilia mocno.
Cóż, zimno, lód i śnieg. Odpuściłam sobie jakiekolwiek rozmarzanie się pod kątem psot skierowanych w kierunku Layli i ruszyłam na cmentarz, gdzie to mnie ciotka „umówiła” z tym typem. Tak na serio nawet nie miałam prawa z nim rozmawiać, co mówiły jej kolejne słowa. Nawet grzecznego dzień dobry nie miałam prawa powiedzieć, a ja? Żebym ja jeszcze chciała łamać ten punkt ciotkowego regulaminu... Chciałam. I zaraz też nie chciałam, bo okazało się, że opis śledzącego był opisem TEJ osoby, o której pierwotnie pomyślałam i... Wszelkie pomysły uprzykrzenia się przyjacielowi ciotki czy Layli się rozpłynęły. Jakby Cia była słońcem, a sposoby dokuczania lodem. Choć te jej kudły w sumie można było uznać za promyki. Takie blond i takie lśniące. Jak moje. Ohh, jaka ze mnie słodka blondynka. Normalnie serduszkuję te myśli.
Zaszłam cichutko Meadowes od tyłu. Raczej mnie nie zauważyła, bo skupiona była na maltretowaniu sopelków i wlepianiu głodnego wzroku w gościa. Szpetny. Powinna wpaść do Kotła i tam poszukać męża, choć i tam... Wybór nie zawsze bywał.
- BU! – Krzyknęłam na cały głos, wpadając na nią i zaraz też ujmując ręką jej różdżkę. Jeszcze tego brakowało, by wetknęła mi ją w oko lub cisnęła w moje cycki avadą. Głośny okrzyk miał też dać znać kolesiowi, że panna-szpieg jest już zajęta. – No, no, no... Odwiedzić chcę swoją prababkę Petronelę na cmentarzu, a tu lisowy lis przytula marmur. Co tam, Cia? Dawno do mnie nie pisałaś, ani nie wpadałaś... Unikasz mnie? – Wyszczerzyłam się szeroko, myśląc o tych wszystkich popsutych Felicii planach. Teraz już kolejnym. Nie zdziwiłabym się, gdyby mnie znienawidziła już w Hogwarcie. Wiele potrafiła znieść i za to ją kochałam, ale czy ja komuś mówiłam, że go kocham? Powiedzmy, że nie.


Szło jej chyba całkiem dobrze, a przynajmniej osobiście właśnie tak to oceniała, śledząc tego typa i coraz bardziej się z tego powodu irytując. Okej, zazwyczaj faktycznie czerpała satysfakcję z polowań na takich ludzi, jednak nie w nocy, lodowatym wietrze i babrając się w śniegu po pachy. Chwilowo jednak nie mogła sobie tego odpuścić, by udać się do baru na kufel piwa kremowego, którym mogłaby raczyć się w względnym spokoju, robiąc sobie wąsy z piany.
Nie to, że robiła z siebie jakąś przeklętą męczennicę. Tą z pewnością nie była, nie robiąc nic zbytnio ponad to, co zrobić miała. Wykonywała swoją pracę rzetelnie, jednak bez przesady. Nie miała dać się zwariować, by wkrótce zacząć odwalać wszystko za wszystkich. Tak dobrze to nie było. Pracoholiczną świruską zdecydowanie nazwać się jej nie dało i dobrze, bowiem takie osoby zwyczajnie nie miały życia.
Natomiast ona uwielbiała łapać je garściami, korzystając w pełni z tego, co dawała jej codzienność. Wcale nie taka szara i nudna, jak to by się mogło zdawać na pierwszy rzut oka. Przyznajmy sobie bowiem szczerze, kto normalny uznałby kogoś takiego jak Felicia za osobę pracującą w takim a nie innym, niezbyt aktualnie bezpiecznym, fachu? Raczej niewiele osób, o ile ktokolwiek. Nie wyglądała przecież w żadnym razie na pannicę w jakikolwiek sposób dającą się połączyć z aurorską bracią. A tu taka niespodzianka…
Działająca jak najbardziej na jej korzyść. Patrząc choćby na takie śledzenie, zawsze miała większe możliwości na to, by wmówić potencjalnemu agresorowi, że tak naprawdę jest tylko niewinną osóbką z bezsennością, której uroiło się właśnie udać na grób bliskiej jej osoby. Ha!, nawet miała takowy na tym cmentarzu, choć nie potrafiła jakoś szczerze powiedzieć sobie, by leżąca w nim osoba była dla niej kimś wartym wspominania i marznięcia. O tym jednak nikt nie musiał wiedzieć.
Tak samo zresztą jak i o tym, co prześladowało ją już od jakiegoś czasu, a co mniej lub bardziej bezpośrednio związane było ze wspomnieniami pewnych ferii świątecznych sprzed dobrych dziesięciu lat, które to spędzała nie tylko w zwyczajowym towarzystwie swojego starszego brata, ale również bliskich i oddanych jej rówieśników. Wbrew pozorom, nie było to wcale miłe wspomnienie, bowiem do tej pory prześladowała ją ta jedna rzecz, jaka wydarzyła się już pod sam koniec pobytu w tym miejscu.
Coś, czego za nic w świecie nie potrafiła sobie przypomnieć, co było dla niej realnym odbiciem czarnej dziury powodującej zupełną pustkę. Nie tylko w pamięci, ale również w uczuciach. W tym wszystkim, co powinno w niej istnieć, a co jakimś cudem wyparowało w przestrzeni. Nie umiała przywołać jakiejkolwiek rzeczy z tamtego wieczoru. Jej wspomnienia kończyły się na wyjściu z domu w celu pokręcenia się po okolicy i… I to było na tyle.
Nie była w stanie powiedzieć nic więcej, zaś ludzie już nawet jej o to nie pytali. Powinno jej być więc znacznie łatwiej, skoro nie musiała kompletnie nic mówić, jednak tłumienie tego wszystkiego w sobie nie było wcale o niebo lepsze od wypowiadania na głos swoich wątpliwości, uwag czy też analiz. Duszenie i udawanie, że nic nigdy nie zaistniało… Cóż, męczyło ją wręcz niemiłosiernie.
Chyba jeszcze mocniej od takiego polowania lub szpiegowania, jak zwał tak zwał, które przecież do najlepszych rzeczy też nie należało. Przynajmniej to obecne, bo zdarzały się przecież akcje tego typu, jaki niezmiernie ją interesował. Obie jej części. Teraz jednak adrenalinę związaną z obecną sytuacją odczuwała tylko w niewielkim stopniu, co też najwyraźniej nie pasowało jej umysłowej towarzyszce. Przynajmniej do tego stopnia, że nie raczyła się nawet odezwać. Do chwili…
…w której niespodziewanie zmaterializowała się za nią tak znana jej osoba, nie robiąc sobie zupełnie nic z tego, że wyraźnie pracowała i to nie w sposób lekki, prosty i przyjemny. Zmaterializowała i dała wyraźny, głośny!, znak swojego przybycia, na który to mężczyzna śledzony przez Cię najnormalniej w świecie wykorzystał dobrodziejstwa teleportacji, choć w przypadku Meadow szło to raczej nazwać wszystkim, co najgorsze.
On zwiał, a Cia… Cia również zniknęła, przytłoczona przez swą drugą naturę. Zupełnie inną stronę osobowości, która to przejęła w tym momencie kontrolę, odwracając się do Carmen z nieprzyjemnym błyskiem w oczach i wybitnie wściekłą miną.
- Carmen… Coś ty narobiła! Won, cholera, nie widzisz, że pracuję?! – Bardziej wysyczała niż powiedziała, by po kilku sekundach zamrugać nieprzytomnie oczami i spojrzeć na dziewczynę już łagodniej, choć z niemałą konsternacją.
Hej, Mea. Nie, nie unikam. Ciebie zwyczajnie nie da się unikać. Jestem tylko zajęta. Wiesz, tak troszkę rozstrojona. – Powiedziała miękko, rozglądając się dookoła i wzdychając ze zbolałą miną. Straciła śledzonego… Cóż, przynajmniej mogła wreszcie pójść napić się czegoś ciepłego. Jedno z jej życzeń się spełniło. Tylko, dlaczego nie była z tego powodu ani odrobinę zadowolona…?
Słuchaj, co powiesz na to, byśmy spotkały się w innych okolicznościach? Teraz jestem… Trochę zajęta, wiesz. Poza tym robi się coraz zimniej i chyba zaraz się stąd ewakuuję, więc nie potowarzyszę ci w drodze na grób prababki. Przepraszam. Może coś pod koniec roku…? – Spytała wreszcie, naprawdę nie mając ochoty na rozmowę z dziewczyną, która spaprała całą jej robotę z kilku ostatnich miesięcy. Nawet przypadkowo, w co zaczynała coraz bardziej wątpić, nie.
 
   Podziel się na:  
Carmen Bulstrode
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-18, 16:13   

//wątek z Cią

Dokładnie, mogła mnie znienawidzić już w Hogwarcie i prawdopodobnie to zrobiła. Coś musiało być na rzeczy, patrząc na nasze ostatnie relacje. Mogłam sobie mówić, że nadal byłyśmy najlepszymi przyjaciółeczkami, ale to już nie było to samo. W sumie coś już zmieniło się po akcji z Nolanem i jego zniknięciem, które za nic nie żałowałam, a teraz, gdy minęło kilka lat od skończenia szkoły... Nie można było nie zauważyć tego, że widywałyśmy się coraz rzadziej i nawet zdawało mi się, że panna Meadowes umyślnie mnie unika. Umyślnie... Mnie. To ja miałam w zwyczaju unikać ludzi!
Pewnie też przejęłabym się jej warknięciem, patrząc na moją pozycję w jej życiu, ale wiedziałam, kto jest jego autorem - panna Felicia Numer Dwa, która nie mogła mnie mile przywitać. To byłoby wbrew jej uroczej naturze. Zwałam ją Fel. W jednym ciele istniała więc Fel i ta pierwsza – Cia. Fel i Cia. Wiem, miałam ambitny umysł, ale proste do zapamiętania i nie wzbudzało podejrzeń innych. Oba zdrobnienia pasowały do całej Felicii.
Dzięki temu „wyznaniu miłości” Feli, uśmiech nie zniknął mi z twarzy, a za to rozbłysnął dzięki dodatkowym łobuzerskim iskierkom w moich oczach. Cóż, Feli była tą częścią Felicii, która dawała się namówić na największe rozróby i maczanie paluszków w czarnej magii. Ba!, niektóre jej pomysły przebijały moje własne, dlatego też nie dziwnym był fakt, że łatwiej mi się z nią przyjaźniło. Po prostu miałyśmy podobne zainteresowania. Lubiłam ją, choć wolałam bardziej tą niewinną Cię. Sprawiała, że chciałam stać się lepszym człowiekiem... Taaa, oczywiście żartowałam. Po prostu uwielbiałam wykorzystywać tę jej niewinność i patrzeć jak się skrzywia, słysząc moje wcale-nie-niewinne pomysły. No, świetnie się uzupełniałyśmy.
Nie zdążyłam jednak pogadać z Feli, bo moja Cia wróciła. Chciała się mnie pozbyć. Natychmiastowo. Spieszyło jej się i blablabla. Ostatnio standard. Unikała mnie. To bardziej niż pewne.
Westchnęłam ciężko, wskazując na nią oskarżycielko palcem.
- Wiecznie nie masz czasu – zaczęłam narzekadę, choć zaraz stwierdziłam, że jednak nie chce mi się tego ciągnąć. Wstrząsnęłam obojętnie ramionami, opuszczając rękę. – Znaj moją litość. Odpuszczę ci dziś, ale jeśli nie spotkasz się ze mną do Nowego Roku, to zjawię się u ciebie, JA, osobiście i obwieszę calutką twoją ulicę, calutki twój domek i calutką sypialnię twoją w papierze toaletowym. Różowym i czarnym – stwierdziłam całkiem serio, stukając się w swoją wargę wyjętą przed chwilką różdżką. Zastanawiałam się, czy o czymś nie zapomniałam, ale chyba powiedziałam wszystko... A!
- A!, i mieszkam teraz na Pokątnej. Rada bym była, gdybyś wpadła, bo moi współmieszkańcy z pewnością przypadną ci do gustu. Dokładny adres podam ci w liście... Właśnie, napisz do mnie, że wpadasz, to wezmę wolne w pracy. I nie, to żaden kłopot, człowieczku. Nawet nie waż się tak pomyśleć – ostrzegłam, celując w nią różdżkę. Można by pomyśleć, że zamierzam się z nią pojedynkować o racje, ale ja jedynie jej pomachałam i zniknęłam z cmentarza.

[z/t] dla Carmen
 
   Podziel się na:  
Arthur Warren



Expose yourself to your deepest fear; after that, fear has no power, and the fear of freedom shrinks and vanishes. You are

pracował w wydziale duchów w MM

26

czysta krew

wdowiec







80

różdżka, teleportacja łączna, eliksir wielosokowy, wywar żywej śmierci, felix felicis x1, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności x3

Wysłany: 2014-10-18, 18:53   
   Mów mi: Artek, Karolina
   Multikonta: Alice, Megan, Amycus


Głupi, głupi, głupi! Powinien się teleportować, kiedy miał na to okazje. Tyle czasu wszystkiego pilnował, dbał o to aby wszystkie jego uczucia były zamknięte. Nie pozwalał sobie na takie proste błędy, a dzisiejszego dnia popełnił już trzy. Trzy, które będą go kosztować resztkę godności jaką posiadał. Wiedząc, że już nic teraz nie zmieni czekał na to co przyjdzie. Kiedy Hayley odwróciła się trzymając w dłoni różdżkę wcale go to nie zdziwiło. Zobaczył na jej twarzy zmieszanie, a potem ulgę, że to tylko on, że nikt nie chciał jej zaatakować, a Arthur miał jej ochotę powiedzieć, że nie powinna odkładać różdżki do swojej kieszeni. Nie widzieli się tak długo, że Arthur chłonął jej wygląd. Patrzył na jej włosy, usta, skórę, na oczy patrzące na niego z ciągłą nadzieją. Na to co znał, a teraz zdawało się być dla niego czymś całkowicie obcym. Przeszłością, którą stracił z własnej woli. Tak bardzo zaczął myśleć o tym wszystkim co miał, co teraz musiał zniszczyć i nawet nie zdając sobie sprawy jakie to naprawdę było bezsensowne, jakie głupie. Wiara robi z nas idiotów. W to co w tej chwili wierzył Arthur robiło z niego największego idiotę na ziemi, ale w tym momencie on wierzył, że to jest słuszne, że to co robi w końcu przyniesie skutek, a wtedy zacznie znowu oddychać. Był tak zamyślony, tak poruszony tą sytuacją, że nawet nie zauważył, kiedy kobieta podeszła do niego i przytuliła się. Arthur uniósł dłonie w obronnym geście, ale czując jej ciepło, znajomy zapach, wpychające mu się do oczu włosy. Wszystko tak znajome, tak oczywiste nie mógł jej odepchnąć. Przez chwile tak stali, Arthur miał ochotę powiedzieć jej, że przeprasza, że chce, żeby wszystko było już w porządku, że to naprawi, bo przecież można wszystko naprawić. Wystarczyłoby, żeby to powiedział prawda? Wybaczyłaby mu i znowu byliby najlepszymi przyjaciółmi, mieliby siebie. Tylko, że po jej słowach Arthur nie mógł tego zrobić. Tak ślepo w niego wierzyła, ufała mu nawet wtedy, kiedy wszystkiego dowody wskazywały na jego winę, ufałaby mu nawet wtedy jakby cały świat zaczął się palić i on by do tego doprowadził. – Hayley. –zaczął i delikatnie odczepił jej małe rączki ze swojego karku. Przyłożył je sobie do ust i chuchnął jak zawsze robił, kiedy marzły jej palce. Westchnął cicho wiedząc, że to co ma zamiar teraz zrobić zaboli. Zaboli i ją i jego. – Nie powinnaś chować tej różdżki. –dodał sięgając do jej kieszeni i podając jej różdżkę. Widząc jej zdezorientowanie na twarzy odwrócił się tak by nie musieć patrzeć jej w oczy. Dziwicie się? Była przy nim od zawsze, nawet wtedy, kiedy wszystko zawalał, wtedy, kiedy Alice wyrzucała go z domu za głupie komentarze, wtedy, kiedy nie wiedział co ze sobą zrobić. Pomimo tego, że nawalał już tyle razy ona nigdy nie postawiła na nim nawet znaku zapytania. Teraz potrzebował by to zrobiła. By uwierzyła, że nie jest już tą sama osobą, którą był przed tym wszystkim.
- Myślę, że pokładasz we mnie zbyt wielką nadzieje. –powiedział i zaśmiał się ponuro. – Nie wróciłem, bo nigdy nie wyjechałem, Hayley. Wybrałem inną drogę i wiesz o tym, prawda? Nie jesteś aż tak głupia. –dodał podwijając rękaw swojej marynarki. Nawet kurtki nie miał na sobie. Pomimo tego, że powinno mu być teraz zimno czuł ogień swoich słów. Nie chciał tego, ale zrobił to, nie dla siebie. Kiedy jej oczom ukazał się Mroczny Znak miał nadzieje, że to skończy ich rozmowę, że sobie pójdzie i nie będzie jej ranił bardziej niż to konieczne.
_________________
the future starts today, not tomorrow
 
   Podziel się na:  
Hayley Bradford
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-19, 17:24   

Przez całe dwadzieścia lat, bo właściwie już niewiele brakowało im do tego by taką liczbą oszacować długość łączącej ich przyjaźni, tylko jeden jedyny raz zdarzyło się Hayley dość mocno powątpiewać w prawdomówność oraz dobroć Arthura. Miało to miejsce jeszcze za czasów, gdy tkwiła w murach Hogwartu, a jej przyjaciel już je opuścił. Uwikłała się wtedy w spore kłopoty, a Arthur całkowicie poświęcając się nowej codzienności oraz związku z jej starszą siostrą cóż, chwilowo zapomniał wtedy o istnieniu Hales. Przecież miało być tak cudownie, a bynajmniej tak wynikało z jego wcześniejszych obietnic. Choć z trudem, wszystko odnalazło swój pozytywny finał. Czy tak będzie i tym razem? Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że tak. Jedna z wielu chwil zawahania, które dopiero miały nadejść, pojawiła się w momencie, gdy po raz pierwszy zwrócił się do niej w bezpośredni sposób. Hayley. Bardzo rzadko mówił do niej w tak oficjalny, aż przeszywający chłodem sposób. Na co dzień zazwyczaj była po prostu Hales albo mnóstwem innych, nawet najdziwaczniejszych pseudonimów, które akceptowała w mniejszym lub większym stopniu. Tak wiec musiało stać się coś złego, to było już pewne. Może to Ona postąpiła niewłaściwie? W miarę cierpliwie czekała na jakiekolwiek wyjaśnienia, lecz Arthur wciąż zachowywał się wyjątkowo nieswojo – w jej odczuciu był niesamowicie spięty, błądził wzrokiem wszędzie byleby tylko na nią nie spojrzeć, odwracał głowę, co rusz stawiał niespokojne kroki. To wszystko wzbudzało w Hayley coraz to większy niepokój, ale i zdumienie. Jego szczytem był moment, kiedy Arthur na powrót sięgnął do jej kieszeni, w której zaledwie kilka sekund wstecz umiejscowiła różdżkę i z uporem maniaka wcisnął ją Hayley w dłoń. Do czego miała jej się przydać w tak radosnym momencie? Czy istniała możliwość, ze ktoś ich tutaj zaatakuje? Po raz kolejny nawet nie wzięła pod uwagę tego, że mogła być przydatna do walki z Arthurem. Jak mogłaby go zaatakować, stanąć przeciwko niemu? Nigdy. Nie licząc tych drobnych przykładów, kiedy używała wobec niego zaklęć o małej szkodliwości dla czystej frajdy, nie wyobrażała sobie by mogła to zrobić w innym celu. Hayley była równie uparta i zdeterminowana tak więc prędko opuściła ją wzdłuż własnego tułowia.
– Jak to nie wyjechałeś? Skoro przez cały czas byleś tak blisko dlaczego nie dałeś jakiegokolwiek znaku życia? Tak się nie robi, Artek. Nie wiem czy w ogóle przeszło Ci to przez myśl, ale martwiłam się. Bardzo. Zwłaszcza teraz, kiedy zostałeś mi tylko Ty. – mruknęła ze sporym wyrzutem w głosie, ale entuzjazm wynikający z tego spotkania mimo wszystko był silniejszy o czym doskonale świadczyły jej w dalszym ciągu połyskujące oczy przypominające w wszechobecnej ciemności płynną czekoladę. Te jednak szybko zamieniły się w przerażone jego kolejnymi rażącymi słowami.
– Co masz na myśli mówiąc wybrałem inną drogę? Żartujesz sobie ze mnie? Chcesz mi powiedzieć, że te wszystkie idiotyczne plotki to prawda? Zostałeś śmierciożercą, tak? Świetnie. Po tym jak Ci kretyni zabili Alice w Waszym własnym domu, Ty nagle stwierdziłeś, że popierasz ich idee? Wybacz, ale nie wyglądałeś na zachwyconego, kiedy znaleźliśmy ją martwą więc przestań robić ze mnie wariatkę! – gołym okiem widać było, że Hayley jest coraz bardziej zdezorientowana niecodzienną sytuacją i ta powoli ją przerasta. Jak często w takich sytuacjach w jej przypadku bywało, niekoniecznie panowała nad tym, co wypływało z jej ust. To strasznie przykre, że musieli prowadzić taką rozmowę nad grobem jej siostry. Co nie zmienia faktu, ze wciąż nie traciła siły by przeciwstawiać się jego słowom i szukać kolejnych argumentowa na to, że kłamie i próbuje wciągnąć ją w jakąś chorą grę. Widząc Mroczny Znak na jego przedramieniu jedynie uśmiechnęła się kpiąco i pokręciła głową z niedowierzaniem. Arthur nie pozwoliłby zrobić go sobie dobrowolnie. Po prostu nie.
– Myślisz, ze ten marny tatuażyk równie marnego twórcy sprawi, ze uwierzę w te wszystkie brednie? Nie. Po prostu powiedz mi jaka jest prawda. Ktoś Cię do tego zmusił? Szantażują Cię? – zapytała, w dalszym ciągu nie spuszczając z niego nieustępliwego oraz wytrwałego spojrzenia. - Daj sobie pomoc. Dumbledore na pewno będzie wiedział, co zrobić w takiej sytuacji. – całą siłą woli zdecydowanie uspokoiła ton swojego głosu. Brzmiała o wiele bardziej troskliwie i zatroskanie, a w miedzy czasie zdążyła nawet złapać jego dłoń i zacisnąć na niej palce by w ten sposób pokazać mu, że ma jej wsparcie. Mimo wszystko.
 
   Podziel się na:  
Arthur Warren



Expose yourself to your deepest fear; after that, fear has no power, and the fear of freedom shrinks and vanishes. You are

pracował w wydziale duchów w MM

26

czysta krew

wdowiec







80

różdżka, teleportacja łączna, eliksir wielosokowy, wywar żywej śmierci, felix felicis x1, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności x3

Wysłany: 2014-10-22, 21:45   
   Mów mi: Artek, Karolina
   Multikonta: Alice, Megan, Amycus


Arthur nie mógł się zastanawiać nad tym jak wiele lat wspólnego życia ich łączy. Jakby zaczął sobie te wszystkie chwile przypominać prawdopodobnie nie dałby rady zrobić tego co musiał. Nie był człowiekiem, któremu z łatwością przychodziło cokolwiek. Nie mógł powiedzieć, że udawanie przed kimś kto znał go najbardziej na świecie było prostym zadaniem, ale nie mógł na to sobie pozwolić. W głowie przelatywały mu obrazy, wspomnienia, o których nawet pojęcia nie miał dopóki się nie pojawiły. Chwila zawahania, drżenie rąk. To wszystko co w tym momencie przez niego przechodzi. Patrzy na nią jakby chciał znaleźć coś na czym mógłby skupić wzrok, sprawić by to miejsce i ta sytuacja zniknęły. Wspomnienia bledną i ich miejsce zajmują inne, dość drastyczne. On przytulający do siebie Hals po tym jak zobaczyli ciało Alice w sypialni, trzymających się za ręce na pogrzebie jego żony. Wspierający się i choć wszystko to daje mu znać, że ona jest osobą, której powinien zaufać to mimo wszystko on wie, że ma swój cel, nie może jej narażać. To tylko gra – mówi jego podświadomość. – Zagraj to i zmykaj. Może i tego nie zauważyła, ale mężczyzna jest cały spięty. Widząc jej zdezorientowanie na twarzy ma ochotę nią potrząsnąć. Nigdy nie należał do ludzi cierpliwych, wręcz przeciwnie, irytowało go to bardzo za każdym razem, kiedy musiał coś dokładnie tłumaczyć. Uśmiecha się bez krzty wesołości na ustach. Zirytowany kręci głową. Nawet nie ma zamiaru odpowiadać, czeka na wybuch tego co ma przyjść za chwilę. Przymyka na chwilę oczy i słyszy jej podniesiony głos. Jeszcze kilka miesięcy temu uśmiechałby się od ucha to ucha słysząc ten ton, teraz jest on oznaką tego, że w końcu zaczyna do niej docierać. Może zrozumie, może zobaczy. – Przestań krzyczeć. –mówi poważnym tonem, gani ją za podnoszenie głosu w miejscu spoczynku zmarłych, w miejscu gdzie leży jej siostra. – Nie będę Ci się tłumaczył z drogi, którą wybrałem, jeżeli uważasz, że robię z Ciebie wariatkę trudno. –przerwał na chwilę patrząc teraz jej w oczy. – To, że Alice umarła… nic na to nie mogę poradzić. – nie jest pewny jak mu się udaje w ogóle te słowa wypowiedzieć. – Ale nie będę stał w miejscu i patrzył jak świat upada, Hayley – znowu poważny ton. – Jesteś głupia jeśli myślisz, że możecie wygrać. Wszyscy jesteście po prostu głupi. –przełyka ślinę i zaciska rękę w pięść. Słysząc jej słowa zdaje sobie sprawę z tego, że powinien teraz bronić Czarnego Pana, w końcu to on dał mu znak, to jego brzemię Arthur nosi, ale to jest zbyt wiele. Te słowa nie przeszłyby mu przez gardło, zniknęłyby w połowie. Kręci tylko głową z obojętnością. Ma wrażenie jakby mówił do ściany i myśli tylko o tym, żeby to już się skończyło. Przecież wcale się nie dziwi. On by postąpił tak samo, albo jeszcze gorzej. Porwałby ją gdyby było trzeba i zaczął wkładać do głowy to wszystko, musiałaby zrozumieć. Słysząc jej troskliwy głos nerwy mu puszczają. Jak ona może mieć tyle wiary w jego osobę, dlaczego nie może postawić na nim krzyżyka, dlaczego nie chce, żeby umarł. Arthur kopie leżącą w śniegu szyszkę, która wraz z ogromną ilością śniegu przelatuje przez parę metrów. Mężczyzna łapie przyjaciółkę za ramiona i zaciska palce. – Czy Ty naprawdę jesteś taka tępa? Nie potrzebuje nikogo, nikt mnie nie szantażuje, robię to na co mam ochotę! –podnosi głos i zaraz karci siebie w duszy. Przymyka oczy i patrzy na nią wzrokiem mówiącym: proszę odpuść. Nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że ma taki wzrok. Liczy w głowie do pięciu, puszcza jedno jej ramie, stoi przecież tak blisko. Przejeżdża wierzchem dłoni po jej policzku, dotyka ciemnych włosów. – Zabijałem takie młode kobiety jak Ty, zabijałem je dla niego i zrobię to z Tobą więc nie szukaj mnie, nie wchodź mi w drogę, bo się nie zawaham, Hals. –mówi łagodnie. Puszcza kosmyk jej włosów i odwraca się na pięcie. Stoi przez chwile. Przecież musi mieć pewność, że to wystarczy. – Idź, posiedź z nią jeszcze. Może zamienicie się miejscami. –mówi cicho, ale wie, że ona to słyszy. Chyba w tym momencie nie mógł być bardziej zniszczony wewnętrznie. Przechodzi kilka kroków i zmienia się w czarną chmurę, która po chwili znika za horyzontem.

zt/
_________________
the future starts today, not tomorrow
 
   Podziel się na:  
Hayley Bradford
[Usunięty]

Wysłany: 2014-10-28, 02:01   

Osoba, z którą rozmawiała przez ostatnie kilkanaście minut to nie był jej Artek. Najwidoczniej tuż przed nią stał młody mężczyzna łudząco podobny do jej najlepszego przyjaciela jeśli chodzi o aspekty fizyczne, innego wyjaśnienia znaleźć nie potrafiła. Kiedy w tak lekceważący i nic nieznaczący sposób mówił o śmierci ukochanej siostry brunetki dosłownie odebrało jej mowę, a trzeba zaznaczyć, że w przypadku Hayley było to niesłychaną rzadkością. Niedowierzanie, szok, zawód – to wszystko, a zarazem tak niewiele, co wtedy czuła. Nie wyprowadził jej z równowagi po raz kolejny, na cmentarzu nie rozniosła się fala zdenerwowanych krzyków brunetki zwiastujących awanturę, nie uroczyła go żadną sarkastyczną uwagą, nie próbowała nawrócić jego toku myślenia na właściwe tory. Zupełnie nic, ogromna pustka. Na to wszystko zabrakło jej już sił. Od tego momentu jedynie milczała niczym zaklęta, lecz był pewien drobny szczegół, który mimo swej maleńkości sprawiał, że ta cisza była nie do zniesienia. Wzrok Hayley. Nie był utkwiony w ziemi pokrytej śniegiem, nie był także utkwiony w oddali. Nieustannie, wręcz nachalnie wpatrywała się wprost w jego ciemne oczy w ten sposób katując również samą siebie. Trudno określić, co takiego tak bardzo starała się w nich odnaleźć. Może te ciepłe iskierki, które byłyby definitywnym potwierdzeniem tego, że Warren kłamie, a jej przypuszczenia są prawdziwe? Niestety nic takiego nie dostrzegła. Jedynie bliżej niezidentyfikowaną bezwzględność. Choć z pozoru niewzruszenie przyjmowała jego kolejne opowieści, te słowa w głębi duszy niewyobrażalnie bolały. Bolały bardziej niż solidna dawka zaklęcia Cruciatus, a każde następne było niczym cios zadany niewidzialnym sztyletem. Punkt kulminacyjny nadszedł jednak wtedy, kiedy mówił o morderstwach, których rzekomo dobrowolnie się dopuścił. Chciała by przestał. Natychmiast. Jeszcze jedna taka anegdota i prawdopodobnie zaczęłaby go o to błagać. Jedno jest pewne, budziło to jedynie obrzydzenie Hayley. W tym momencie pragnęła go solidnie od siebie odepchnąć w ten sposób zmuszając do zabrania rąk być może skalanych ludzką krwią. To wszystko, co wypłynęło dziś z jego ust było wprost nie do uwierzenia dla osoby, która miała do czynienia z Arthurem od tak dawna i brzmiało dokładnie tak jak gdyby delektował się pozbawianiem ostatniego tchnienia, jak gdyby sprawiało mu to niezdrową satysfakcję. Co próbował jej udowodnić? To, że od dziś miała przywyknąć do wizji swojego najlepszego przyjaciela, który przyjął chore podziały świata czarodziejów jako swoją nadrzędną idee? W takim razie teraz była dla niego nikim skoro w jej żyłach nie płynęła krystalicznie czysta krew? Wszystko na to wskazywało. Zastanawiała się w jaki sposób Śmierciożercom udało się zrobić Arthurowi tak ogromne pranie mózgu, siejące spustoszenie i grozę. Obiecała sobie, że się tego dowie choćby za wszelka cenę. Najwidoczniej chcąc zafundować jej jeszcze więcej wrażeń jak na jeden wieczór, odchodząc życzył jej śmierci. W chyba najbardziej bezczelny z istniejących sposobów. Mimo najszczerszych chęci ofiarowania mu sowitego policzka nadal stała w dokładnie tym samym miejscu kompletnie osłupiała. Serce Hales właśnie pękało na miliony wyjątkowo ostrych, szklanych odłamków, ramiona, na których jeszcze chwilę temu zaciskały się palce chłopaka uporczywie pulsowały, a policzek, po którym podążały jego palce stał się niepokojąco ciepły. Patrzyła jak czarna chmura ginie w oddali pośród gęstego, mroźnego powietrza. Lecz nawet nie starała się go zatrzymać. Może nawet odetchnęła, że już go tu nie ma, że to koniec tortur? Niekoniecznie. Była potwornie rozżalona, a jej umysł ogarnął jeszcze większy chaos niż dotychczas. Myśli poruszające się w szaleńczym tempie podpowiadały jej, że to definitywny koniec, że już więcej go nie zobaczy. Nigdy. Nie chciała by tak się to wszystko skończyło i oddałaby wiele, może nawet wszystko by odmienić rzeczywistość. W jej smutnym życiu od teraz miało zabraknąć ostatniej osoby, która potrafiła dodać jej otuchy, uchronić przed wplątywaniem się w kłopoty i przywrócić do pionu. Wiedziała, że bez niego sobie nie poradzi.

[Koniec]
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-28, 14:50   

Czasami ludzie spotykają się z czymś takim jak… Śmierć. Niektórzy dość nagminnie, tak jak chociażby Elizabeth, która przecież z taką łatwością raz w roku pozbywała się osoby , na której jej cholernie zależało. Regulus. Finnley. Ojciec. Problem jest taki, że dziewczyna nie umiała się już poskładać po tym wszystkim, a ostatnie spotkanie z Syriuszem tylko pogorszyło jej emocjonalny stan i podejście do wszystkiego, jakby nie było już nic gorszego, a przecież było. Mógł w każdej chwili umrzeć.
List jednak jaki otrzymała od Yannisa nieco wytrącił ją z biegu wydarzeń, które były przede wszystkim tak gwałtowne i nieprzewidywalne, jak w tej chwili. Nie panowała nad niczym, co mogło przynieść jej ulgę, ale z drugiej strony – zdawać by się mogło, że nie ma nic lepszego, niż właśnie to. Niż jego obecność przy niej, skoro i tak wrócił. Byli nierozerwalnymi jednostkami, które z prawdziwym zaangażowaniem brnęły w swoją relację, a im była ona głębsza, tym chętniej ulegali wszystkiemu, czego do tej pory nie zdali. Tony był mężczyzną niezwykle przystojnym, inteligentnym, ale także wiecznym dzieckiem, a przynajmniej tak go postrzegała Effy, która o nikim nie miała zbyt wysokiego mniemania, o ile w grę nie wchodził jej ojciec, bądź chociażby Syriusz. O pozostałych, którzy już właściwie nie żyli, nie mogła wypowiadać się jak o bytach realnych. Christian też był martwy.
Czekała na cmentarzu, przy grobie swojego rodziciela, bo dla niej to było idealne miejsce, w którym mogła na moment zatracić się we własnych myślach i choć pogoda kompletnie nie sprzyjała, to jej ramiona były szczelnie opatulone płaszczem. Próbowała nie tracić rezonu, ale im głębiej wchodziła w ten czas, który był dla niej niezwykle ciężki, tym bardziej zdawała sobie sprawę, że ryzyko było coraz większe.
 
   Podziel się na:  
Yannis A. Yaxley
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-28, 15:17   

Zawsze przytrafiały mu się głupie rzeczy, których tłumaczenie przychodziło mu z niesamowitą ciężkością. Tak jak to, że jeszcze w szkole tylko on został ukąszony przez węża, który uciekł ze szkolnego laboratorium, albo to, że tylko on z całej rodziny jest tak niesamowicie irytujący, albo może to, że nawet dziewczyna, pierwsza dziewczyna do której czuł coś więcej niż tylko puste pożądanie wzięła nogi za pas i uciekła bez słowa, albo to, że jego ojciec usilnie próbuje ułożyć mu życie nie widząc, że on tego nie potrzebuje, albo to, że w tym momencie na czole ma parę szwów i plaster wielkości pudełka od zapałek. Tak, zdecydowanie przyciągał do siebie przypadki, których nikt nie chce. To trochę tak jakby sam był tym przypadkiem. Mimo wszystko… tego całego trafiania na rzeczy zbędne Tony cieszył się, że tutaj jest. Będąc w Peru zapomniał o tym jak wiele tutaj w Londynie posiada. Chociażby Effy, która była dla niego przykładem tej drugiej strony rodziny. Tej rodziny, o której właściwie nie myślisz jak rodzinie. Myślisz jak o przyjacielu, który jest wtedy kiedy trzeba. Ich relacja była raczej skomplikowana. Nie ma co mówić. Każde ich słowo, każdy gest coś znaczył. Jeszcze jako dzieci potrafili się dogadać jak mało kto. Wtedy jeszcze nie wiedział, że będą mieli ze sobą tyle wspólnego. Przez ten cały czas oboje się zmienili. Na lepsze? Sama nie wiem… chyba czas zmienia ludzi w obie strony i ciężko jest powiedzieć, która strona wygrywa ową walkę. Teraz przechodził przez bramkę cmentarza. Śnieg skrzypiał mu pod nogami przy każdym roku. Wcale nie zdziwiło go miejsce spotkania. Śmierć przez długi czas była równym przeciwnikiem. Na początku nie był pewny gdzie ma iść. Tak dawno tu był, nawet nie pamiętał gdzie znajdują się grobowce Yaxleyów. Jako dziecko często tu przychodził z Mery, która usilnie walczyła z kwiatami przy grobach. W myślach odtworzył to wspomnienie, zobaczył jeszcze raz drogę i już wiedział. Zawsze miał dobrą pamięć, ale zwykle nie zwracał na to uwagi. Idąc w oddali zobaczył stojącą przy grobie, znajomą postać. Zawsze jak na nią patrzył miał wrażenie, że jest o wiele starsza. Nie chodziło o wygląd, ale o bijące z niej doświadczenie. Los doświadczył jej jak mało kto. Uśmiechnął się widząc znajome blond włosy, ten sam ruch ręką, który jeszcze niedawno, a może zbyt dawno widział. Podszedł do niej pewny, że go słyszy, a przynajmniej miał takie wrażenie. Objął ją rękami w pasie i przytulił kładąc brodę przy obojczyku. – Nie jestem pewny czy to śnieg jest taki zimny czy Ty. –powiedział lekko się do niej uśmiechając widząc, że właśnie wyrwał ją z zadumy, monologu który prowadziła.
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-30, 12:35   

Elizabeth nie chciała nikogo widzieć, bo czuła się fatalnie po większości wydarzeń, które miały miejsce w jej życiu, jakby to się po prostu nie zdarzyło, ale może… Może jednak tak? Ona chciała uwierzyć we wszystko, co przynosił przewrotny los, ale tak naprawdę nie miała żadnego planu, jak pozbyć się złych wspomnień. Nie spodziewała się spotkania z Yannisem, a przynajmniej nie tak szybko, choć jasno dała mu znać, gdzie może ją spotkać, a skoro to dla większości osób było oczywiste, to w tym momencie powinni mieć świadomość, że taka naprawdę do tego dojdzie, a to co potem będzie miało miejsce, to nieodłączna prawda.
Czując na sobie silne ramiona chłopaka, uśmiechnęła się szerzej, a zaraz potem opuszkami palców dotknęła jego dłoni. Przygryzła jeszcze dolną wargę, bo wiedziała już, że kuzyn jej nie odpuści i pomimo tego jak blisko ze sobą byli… Czasami mogłoby się zdawać, że oboje tak naprawdę są bliżej niż powinni, a przecież o nie stanowiło żadnego problemu, a przynajmniej nie dla nich.
-Cóż, wiesz… Czasami tylko to pozostało, gdy traci się osoby, na których naprawdę nam zależy. – I pomimo, że na jej twarz widać było uśmiech, to wcale nie było jej do śmiechu. Wręcz przeciwnie. Próbował w jakiś logiczny sposób poskładać swoje rozbiegane myśli, a te pędziły przecież z nad wyraz dużą prędkością, jakby nie umiały znaleźć odpowiedniego ujścia. -Tęskniłam za Tob, Tony. – Powiedziała z lekkim uśmiechem, gdy udało jej się w końcu obrócić twarzą do niego, a gdy już otaksowała go spojrzeniem, przejechała opuszkami palców po wargach Yaxleya, które jak zawsze kusiły kształtem. Pewnie w innej sytuacji nawet by się nie zawahała, by musnąć je z prawdziwą delikatnością, ale teraz? Nawet to przez myśl jej nie przyszło. -Dlaczego wróciłeś? - Spytała już nieco ciszej, a jej ton został zniżony niemal do szeptu konspiracyjnego, by w końcu po chwili objąć go na wysokości pasa i przytulić się do chłopaka tak, jak ostatnio do nikogo; oprócz Syriusza oczywiście, bo przecież ten stanowił inny wymiar życia Elizabeth.
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo






Grafikę na forum wykonała Seba pod okiem Daliena. Jej elementy zostały znalezione w internecie. Styl jest dziełem Curly, a kody zostały stworzone przez administrację, przy pomocy niektórych znalezionych w odmętach internetu. Nie kopiuj, zapytaj.