Nobody can save you now... Strona Główna



Poprzedni temat «» Następny temat
Wrzeszcząca Chata
Autor Wiadomość
Mistrz Gry


Wysłany: 2014-10-04, 13:02   Wrzeszcząca Chata

Wrzeszcząca Chata



- To chyba nie jest dobry pomysł...
Młodzieniec skrzywił się nieznacznie przestępując z nogi na nogę i niepewnie zerkając po kolegach. Różdżka w jego dłoni drżała lekko, a nerwowy i przyśpieszony oddech dość wyraźnie przerywał ciszę nocy. Nie w smak była mu ta wprawa, w sumie, był na siebie zły, że dał się namówić na wyjście z domu o tej porze.
- Daj spokój, nie trzęś gaciami tchórzu.
- To miejsce jest nawiedzone, dobrze o tym wiecie.
Ponownie przeniósł wzrok na oddaloną chatkę. Pozornie nie sprawiała wrażenia jakoś szczególnej, ot, kolejna podniszczona przez czas rudera z zabitymi oknami, porzucona przez właścicieli... lata temu? Nawet nie wiedział. Ogród był zapuszczony odkąd pamiętał. Płot zniszczony przez te wszystkie lata. Wzdrygnął się nie odrywając wzroku od wzgórza.
- To nie jest rozsądne - powtórzył, tym razem jednak o wiele ciszej, gdyż jego towarzysze zdążyli już ruszyć przed siebie. Westchnął cicho, po czym - klnąc w duchu na wszystko co możliwe - pośpieszył za nimi.
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-14, 16:22   

Czasami w naszym życiu dzieją się różne rzeczy, które mają przede wszystkim wpływ na nasze charaktery. Nie zmieniamy się pod wpływem przykrych wspomnień, lecz kolejnych zdarzeń, które echem odbijają się w naszej głowie, siejąc przy tym niepotrzebny zamęt. Tak było z Elizabeth, która z łatwością błądziła po omacku, nie mając pojęcia, czy to co robi jest dobre, ewentualnie złe. Nie potrafiła odpowiedzieć na żadne pytanie, ani tym bardziej nie chciała w tej chwili analizować tego, bo im głębiej by w to weszła, tym więcej spustoszenia zrobiłaby w swoim drobnym ciele i jakże niespokojnym umyśle.
Spotkanie z Dolohovem było jedynie utwierdzeniem w tym, że dziewczyna kompletnie nie zdaje sobie sprawy z ryzyka jakie ponosi, a jego słowa głęboko zakorzenione w jej podświadomości, przyprawiały ją o zawrót głowy. Ufał jej, a ona tak bezczelnie igrała z losem, który szykował jeszcze wiele pułapek, w które miała wpadać z perfekcją przyczajonego tygrysa na swoją ofiarę.
Arthur? Pokazał jej, że jest przede wszystkim głupia, że podjęła się czegoś tak bezsensownego jak ratowanie dupy Syriusza, ale ona to robiła głównie dlatego, że nie miała już co stracić, a wraz ze śmiercią Regulusa odeszło wszystko, na czym jej zależało. Nawet Finnley nie był dla niej kimś tak ważnym jak młodszy Black, a Łapa? Był swoistego rodzaju uzupełnieniem tego, co bezpowrotnie odeszło od pannicy, a raczej wdowy Diggory. Czy chciała to naprawiać, bądź w jakikolwiek sposób znaleźć sposobność do tego, by zerwać Wieczystą Przysięgę? Niekoniecznie. Dla niej, to była odskocznia i świadomość, że może się nie obudzić, albo dany dzień może być jej ostatnim.
Czy było warto?
Dzisiejszego wieczora zaszła w okolice Wrzeszczącej Chaty tylko po to, by odświeżyć sobie pamięć względem lat szkolnych, w których bywała przecież tutaj nadzwyczajnie często; nagminnie łamiąc przy tym regulamin, ale właściwie to były ostatnie nawyki, którymi się kierowała w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Zwłaszcza teraz, gdy jeden z członków rodu Yaxley, a mianowicie ojciec samej Elizabeth – zmarł, a ona? Jak mały szczeniaczek wyrwana z objęć jedynej osoby, do której mogła zwrócić się ze wszystkim, błądził wśród tych wszystkich twarzy, które z taką perfekcją życzyły jej jak najgorzej. Zakon Feniksa? Nigdy. Nawet nie przypuszczała, że będzie powiązana z tą organizacją i to w ścisłej tajemnicy, w której nikt – nigdy – nie będzie miał prawa dowiedzieć się o członkostwie Effy, które do ostatniej sekundy jej życia miało zostać tajne; głównie przez wzgląd na Syriusza.
Stał jeszcze dłuższą chwilę wpatrując się w przestrzeń przed siebie, by po chwili podejść na dwa kroki. Uśmiechnęła się nieco szerzej, choć uśmiech nie wskazywał kompletnie na nic, a zaraz potem zdała sobie sprawę, że zbyt wiele rzeczy się zmieniło. Rzeczy, na które nie miała żadnego wpływu.
Mogła odpowiedzieć na jakiekolwiek pytanie? Tylko na jedno.
Było warto.
 
   Podziel się na:  
Syriusz Black



...

auror

21

czysta

kawaler







152

Różdżka, teleportacja łączna, wszystko-otwierający scyzoryk, świstoklik, uszy dalekiego zasięgu

Wysłany: 2014-11-14, 22:46   

/ Kilka dni po spotkaniu z Alice.

Spacerom nie sprzyjała wprawdzie ani pogoda, ani zbliżająca się nieszczęsna godzina policyjna. Jedno i drugie sprawiało raczej, że człowiek powinien zechcieć po załatwieniu wszystkich swoich spraw powrócić jak najszybciej do własnego mieszkania. Problem jednak w tym, że od pewnego czasu Syriusz nie miał możliwości wracać do własnego mieszkania, a niespecjalnie miał też ochotę w tym akurat momencie wysłuchiwać narzekań Petera. Właściwie od pewnego czasu coraz poważniej zaczynał myśleć o tym, żeby po prostu znaleźć sobie jakieś nowe lokum, jednak... zdrowy rozsądek - który o dziwo nawet Black posiadał - podpowiadał, że z tym warto byłoby wstrzymać się jeszcze trochę. Tymczasem więc, jeśli chciał przynajmniej przez chwilę mieć spokój, pozostawało mu jedynie odłożyć powrót do mieszkania Glizdogona do ostatniej chwili. A może i jeszcze odrobinę dłużej, lekkomyślnie ignorując godzinę policyjną.
Uliczki Hogsmeade niemal zupełnie zdążyły już opustoszeć. Można było natknąć się na ostatnią już garstkę czarodziejów i czarownic, z których część deportowała się do własnych domów wprost z ulicy, pozostali zaś pospiesznym krokiem zmierzali do mieszkań. Black natomiast prawdopodobnie powinien wziąć przykład z tej pierwszej grupy i teleportować się po prostu do Londynu, jednak najwyraźniej to w tym momencie zdecydowanie nie należało do jego najbliższych planów. Właściwie... nie miał chyba żadnego planu. Po prostu szedł przed siebie, niespecjalnie się nad tym zastanawiając. Śmiało można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że nogi same zaniosły go w okolice Wrzeszczącej Chaty. On sam zaś mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, kiedy podniósł wzrok, zatrzymując spojrzenie na zrujnowanym budynku. Nie dało się ukryć, że z tym miejscem wiązało się całkiem sporo wspomnień z czasów szkolnych. W szczególności tych, które były jednocześnie rozwiązaniem zagadki rzekomego nawiedzenia Chaty...
Stosunkowo szybko jednak uśmiech zniknął z twarzy Syriusza, kiedy niedaleko zobaczył on sylwetkę innej postaci, która postanowiła przystanąć właśnie w tym miejscu. Z początku miał zamiar zignorować czyjąkolwiek obecność i po prostu ruszyć dalej w swoją stronę. W miejscu jednak zatrzymał go zwykły przypadek i tak zwany drugi rzut oka. Może i bowiem dawno nie widział przyjaciółki z dawnych lat, jednak... owszem, chyba można było powiedzieć, że mimo to znał ją dostatecznie dobrze, by móc ją poznać, spotkawszy na ulicy. Nawet, jeśli kompletnie nie spodziewał się jej w tym akurat miejscu.
Ani w jakimkolwiek innym.
- Yaxley - tak, powinien raczej zwrócić się do niej jej aktualnym nazwiskiem. Albo, jeszcze lepiej, nie powinien zwracać się w ogóle, rzeczywiście odwracając się na pięcie i odchodząc w swoją stronę, bez niepotrzebnego zwracania na siebie uwagi. I możliwe, że rzeczywiście jeszcze parę tygodni temu wybrałby tę właśnie opcję. Gdyby tylko w międzyczasie nie pojawiła się sowa od Elizabeth i gdyby nie doszło do wymiany kilku krótkich, ze strony Syriusza zaś wyjątkowo oschłych, listów. Możliwe, że akurat w tym właśnie momencie musiały się w nim odezwać jakieś wyrzuty sumienia w związku z tamtymi notatkami. Czy cokolwiek innego, co zatrzymało go w miejscu i w dodatku kazało mu się odezwać. Niezbyt głośno jednak, tonem wypranym z jakichkolwiek emocji. Można więc było mieć nadzieję, że w ogólnej ciszy panującej w tej części magicznej wioski, jakimś cudem Eff mogłaby go nie usłyszeć. A wtedy przynajmniej z czystym - prawie - sumieniem mógłby jak najszybciej się ulotnić.
 
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-15, 11:34   

Pewnie zdarzenia w naszym życiu mają wydźwięk, no cóż… Co najmniej żałosny, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niepotrzebne uczucia, których wcale nie chcemy. Niektórzy się ich boją, inni je skutecznie od siebie odpychają, a jeszcze inni są na nie skazani, a co za tym idzie – od samego początku są niemal skazani n porażkę, która igra z nimi jak z najgorszymi jednostkami wziętymi wprost z rynsztoka. Przewrotność losu bywa jednak nadzwyczajna, bo zdarza się, że przecież nie raz i nie dwa, dokładnie te same jednostki, zostają ułaskawione; jakby były niewinne, a rozdzierające ich emocje nagle stały się najprzyjemniejszą pieszczotą.
Elizabeth nie tolerowała bezsilności. Tego chorego, beznadziejnego i żałosnego stanu, w którym tak naprawdę nie czujemy nic więcej. Teraz natomiast dziewczyna sama zmagała się ze wspomnieniami, które z taką łatwością robiły spustoszenie w jej umyśle. Było to nieco przykro, bo pomimo, że podejmowała się walki, to przegrywała ją coraz bardziej z kretesem. Nie umiała walczyć z tym, ani przeciwstawić się kolejnym zrządzeniom przygotowanym przez życie. Była jak błądząca wśród światła ćma i choć wcale nie leciała, do tych miejsc, w których mogłaby czuć się dobrze, to uciekała od życiodajnej energii.
Coraz rzadziej bywała w domu. Nie interesowało ją nic, co było z tym związane, ani tym bardziej nie planowała układać sobie scenariuszy, w których to jak na przykładną córę marnotrawną przystało, nagle pojawi się w domostwie rodziny i oznajmi, że mogą cieszyć się jej obecnością. To nie było w stylu Diggory, która przecież zawsze stawiała na swoim i gdy pragnęła żyć z dala od zgiełku kolejnych wydarzeń, to niczym wytrawny magik uciekała od wszystkiego, co mogło się jeszcze wydarzyć.
Dopiero, gdy do jej zaspanego i niezbyt przytomnego umysłu dotarł głos Syriusza, zmarszczyła lekko brwi. Nie odwróciła się jednak w jego stronę, jakby nieco ignorując jego obecność. Uśmiechnęła się mimowolnie na pewne wspomnienie, które jak grom z jasnego nieba wstąpiło w nią i zaczynało siać przeraźliwy zamęt, którego on pragnęła się pozbyć. Jęknęła jeszcze cicho, ledwie słyszalne, a zaraz potem zabrała głos, jakby nieco od niechcenia.
-W siódmej klasie, odebrałam Ci tutaj dziesięć punktów, za nagminne łamanie regulaminu. – Można by było odnieść wrażenie, że w obliczu całej sytuacji, a także tego, że zbliża się nieubłaganie godzina policyjna… Plotła trzy po trzy. Rzeczy nie mające żadnej wartości, ani tym bardziej czegoś na wzór racjonalności. Jeszcze odczekała kilka sekund, by się potem odwrócić do chłopaka i posłać mu spojrzenie, za grosz nie ociekające złością, czy irytacją. Było mętne, nieco obojętne, ale nadal nie przejawiała niczego, co wskazywałoby na chęć rozszarpania go.
-Zgubiłeś się, czy zebrało Cię na wspominki? Och, a może szukasz swoich przyjaciół? – Spytała już nieco pewniej, choć duży nacisk położyła na ostatnie, wypowiedziane słowo. Nie mogła powstrzymać się od delikatnej uszczypliwość, a jego widok wcale nie otulił ją ciepłem. Wręcz przeciwnie. Dystans i niechęć była zbyt wyczuwalna, zwłaszcza teraz.
 
   Podziel się na:  
Syriusz Black



...

auror

21

czysta

kawaler







152

Różdżka, teleportacja łączna, wszystko-otwierający scyzoryk, świstoklik, uszy dalekiego zasięgu

Wysłany: 2014-11-15, 17:09   

A więc jednak usłyszała.
To co prawda nie było niczym dziwnym, biorąc pod uwagę fakt, że dookoła było naprawdę cicho, jednak... Przez krótką chwilę Syriusz chyba naprawdę miał szczerą nadzieję, że dane mu będzie naprawić ten chwilowy błąd i że Elizabeth go nie usłyszy lub nie zareaguje, dzięki czemu będzie mógł się po prostu ulotnić. Ewentualnie mogłoby przecież okazać się, że jednak się pomylił. Że tuż obok stała wcale nie Eff, ale ktoś, kogo początkowo z nią pomylił.
Niestety, żadna z tych opcji nie chciała okazać się realną.
Po jej wypowiedzi nie mógł mieć już żadnych wątpliwości - rozpoznał ją bezbłędnie. I odzywając się, zmarnował swoją szansę na to, by zniknąć niezauważonym, nie narażając się przy tym na ewentualną konfrontację. Co prawda mógłby to zrobić również teraz, najzwyczajniej w świecie znikając bez słowa i w ten sposób rozwiązując tworzący się problem. To jednak definitywnie nie leżałoby w naturze Syriusza. Bo i owszem, może i miał w zwyczaju uciekanie od problemów. To jednakże polegało w jego przypadku na bagatelizowaniu ich, nie zaś dosłownym uciekaniu. Dlatego też nie ruszył się z miejsca, nigdzie się nie wybierał, natomiast na Elizabeth zatrzymał niewiele mówiące spojrzenie. Właściwie owo, podobnie jak wcześniej jego jednowyrazowa wypowiedź, wyprane było z jakichkolwiek emocji. I zdecydowanie zbyt krótko to trwało, by można było określić, co na moment pojawiło się w jego spojrzeniu, kiedy Diggory przywołała wspomnienie odebranych kilka lat temu punktów. Irytacja? Rozbawienie? Albo oba jednocześnie. A może jeszcze coś innego?
Pamiętał to. Również była zima, co prawdopodobnie sprawiało, że był wtedy jeszcze bardziej poirytowany - definitywnie nie znosił zimy. W takiej sytuacji zaś trudno byłoby się mu dziwić, że nie miał najmniejszej ochoty na to, by spotkać w drodze do Wrzeszczącej Chaty kogokolwiek, kto nie byłby Jamesem, Remusem ani Peterem. Zwłaszcza, że ledwie udało mu się wtedy wywinąć od szlabanu u Filcha i - wbrew zakazowi McGonagall - dzięki jednemu z tajnych przejść wymknąć się do Hogsmeade, żeby dołączyć do zorganizowanego wyjścia do czarodziejskiej wioski. Właśnie wtedy musiał natknąć się na najmniej odpowiednią ze wszystkich osób. Elizabeth, na którą mimo wszystko nawet wtedy nie zamierzał podnosić różdżki, a która jednocześnie absolutnie nie była kimś mile widzianym. Taki tam paradoks.
W każdym razie paradoks ten świetnie pamiętał.
- Poważnie? Nie przypominam sobie - wzruszył obojętnie ramionami, wyraźnie chcąc dać jej do zrozumienia, że podobne wydarzenia nie były w jego mniemaniu na tyle istotne, by zaśmiecać sobie nimi pamięć. Co gorsza, prawdopodobnie nawet nie miał w tym żadnego celu. Bo jasne, równie dobrze mógłby jej zwyczajnie przytaknąć i w ten sposób zlekceważyć przywołane wydarzenie z przeszłości. I sam do końca nie był pewien, dlaczego postanowił jednak zaprzeczyć, by o takim jeszcze w ogóle pamiętał. Nawet, jeśli nie było tak znów odległe.
- Oczekujesz, że ci odpowiem, czy może raczej liczysz na to, że w ten sposób podsunę ci jakieś wyjaśnienie dla twojej obecności tutaj? - cicha nuta poirytowania pojawiła się w jego wypowiedzi dopiero teraz. Możliwe, że chodziło o to specyficzne podkreślenie ostatniego słowa w jej pytaniu. W każdym razie wraz z nim zniknęła wcześniejsza absolutna obojętność z ogólnej postawy Blacka. - Nie przejmuj się tym, kompletnie mnie to nie obchodzi. I ciebie też nie powinno.
Mimo lekko już warkliwego tonu, wciąż najwyraźniej nie zamierzał po prostu odwracać się na pięcie i znikać. Nie sięgnął również po różdżkę, wciąż wprawdzie trzymając ręce w kieszeniach płaszcza. Nie zacisnął jednak palców na drewienku, po prostu czując je tuż obok i nie czując jeszcze większej potrzeby, by uciekać się do zaklęć.
 
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-17, 22:02   

Wbrew pozorom nie była głucha.
Pamiętała wiele epizodów, z którymi wiązała się ich wspólna przeszłość, ale za każdym razem, gdy dopadała ją nostalgia po prostu próbowała to wymazać, jak najskuteczniej. Przypominała jej o tym jedynie wizja tej cholernej przysięgi, która wcale nie miała zostać zawarta, ale szacunek do Regulusa był jeszcze większy. Można więc łatwo założyć, bądź wywnioskować, że gdyby ktokolwiek próbował obrazić pamięć o tym chłopaku, to zostałby ukarany z największa surowością; bez względu na to kim byłby dla Elizabeth, która nadzieję pokładała jedynie w nim, a jego miejsce zastąpił nie kto inny jak Antonin. Może było to abstrakcyjne, bo była dużo młodsza od Dolohova, ale nie było nikogo w jego miejsce. Mogła zginąć z ręki śmierciożercy, to prawda, ale… Tak samo mogła zginąć z ręki Arhura, który z pewnością mógłby wymierzyć ten jeden cios z precyzją i łatwością za jej impertynencję.
Spotkanie z Syriuszem okazało się przede wszystkim niewyobrażalnie smutne, bo pomimo całej otoczki nienawiści, która od niego biła i obojętności wiedziała czego się podjęła i gdyby tylko wiedział, może choć raz wyszedłby z ich rozmowy z twarzą, a nie obrazując się na kolejnego dupka. Effy pokładała w nim wiele nadziei, ale to ta naiwność, która jej została jeszcze z lat dzieciństwa. Może Black bardziej odnalazłby się w Slytherinie, skoro był tak bardzo dwulicowy…
-Och, jasne. Zapomniałam, że przyjaciół dość szybko wyrzucasz do kosza. – Rzuciła luźno, bez większej irytacji, czy obojętności. Stwierdziła po prostu fakt, który w tej chwili wydawał jej się kompletnie niepodważalny. -Podobnie jak wspomnienia o nich, to takie typowe dla Ciebie, prawda? – Zapytała zupełnie szczerze, odwracając się na pięcie w stronę chłopaka, by dostrzec jego czuprynę, która jak zawsze była w nieładzie. Pokręciła nawet zażenowana głową, by po chwili zrobić krok w przód, jakby nie lękała się tego, że wyceluje w nią różdżkę, by rzucić drętwotą, czy innym dziadostwem, do którego ona zdążyła się już przyzwyczaić.
-Właściwie… Nie obchodzi mnie to. Przychodziłam tu od dawna, bo panuje tu fenomenalna cisza, pomimo tej złowieszczej aury. Kompletnie Cię nie rozumiem dlaczego znów mnie atakujesz, wbrew pozorom nic Ci nie zrobiłam. – Wzruszyła obojętnie ramionami; kryła się w tym swoistego rodzaju nonszalancja, ale z drugiej strony – czego można było się spodziewać po kobiecie, która po raz kolejny z taką precyzją była odtrącana, a to tylko przez to, że złość jaka wstąpiła pomiędzy nich, była wręcz namacalna. -Nie rozumiem Cię. To Ty się odwróciłeś. To Ty uniosłeś się honorem mimo, że prosiłam Cię o kontakt. To nie ja odwróciłam się na pięcie od osoby, którą nazywałam przyjacielem. – Kolejny krok w przód, a jej głos nawet na sekundę nie zmienił brzmienia. Był tak samo stagnacyjny i tak bardzo obojętny, że biła od niego swoistego rodzaju doza niechęci, ale i wyrafinowana, które było ukryte między wierszami; o ile umiało się słuchać. -Bije od Ciebie hipokryzją mój drogi, nie sądzisz? Atakujesz mnie, choć nie masz powodu. Tego Was uczyli w Gryffindorze? Zacnie. – Jej usta wygięły się w wąską linię, by po chwili mogła uśmiechnąć się cynicznie, jak to na nią przystało, a ten teatralny grymas miała wręcz cały czas przyklejony do twarzy.
-Mnie nic nie powinno obchodzić, co dotyczy Ciebie, po tym jak mnie skrzywdziłeś.
 
   Podziel się na:  
Syriusz Black



...

auror

21

czysta

kawaler







152

Różdżka, teleportacja łączna, wszystko-otwierający scyzoryk, świstoklik, uszy dalekiego zasięgu

Wysłany: 2014-11-17, 22:57   

Jeśli chodziło o kilka ostatnich lat, to pewnie śmiało można byłoby przytaknąć stwierdzeniu, że to zdecydowanie Elizabeth lepiej znała Regulusa, niźli jego brat. W oczach Syriusza bowiem młodszy Black pozostał po prostu skończonym idiotą, ślepo zapatrzonym w Czarnego Pana i jego chore idee. A przynajmniej tak zwykł twierdzić, kiedy jego brat jeszcze żył. Od momentu jego śmierci natomiast po prostu w żaden sposób nie poruszał tego tematu i za każdym razem udawało mu się go zgrabnie omijać. Byleby nie zdradzić przypadkiem, że ta rzekoma niechęć do Regulusa nie była jedynym uczuciem, jakie mógłby względem brata żywić. Nie miał przecież pojęcia, jaki był prawdziwy powód, dla którego młodszy Black zginął. I uparcie mógłby twierdzić, że wcale nie chciał tego wiedzieć. W ten sposób zdecydowanie łatwiej było przyjąć postawę mającą wszem i wobec głosić, że naprawdę kompletnie nie dotykała go śmierć brata.
I całkiem możliwe, że to właśnie z powodu Regulusa, tym trudniejsze było dla niego spotkanie z Effy. Myśląc o niej, wręcz nie sposób byłoby pomyśleć o Regu. A sprawa stawała się po stokroć trudniejsza, kiedy już miało się ją przed oczami i kiedy trzeba było się zdobyć na rozmowę twarzą w twarz. I chociaż w tej sytuacji ewentualna ucieczka wciąż wydawała się być całkiem kuszącą opcją, to jednak z każdą kolejną chwilą coraz bardziej nie wchodziła ona w grę. Zamiast więc rozsądnie się ulotnić, Black przechylił lekko głowę na bok, pozwalając na to, by jeden kącik jego ust uniósł się nieznacznie w drwiącym uśmiechu, kiedy już Elizabeth odwdzięczyła mu się kąśliwą uwagą na temat szybkiego wyrzucania z pamięci przyjaciół.
- Możesz być pewna, że nie zapominam o tych prawdziwych - odgryzł się. - W każdym razie wybacz, że nie pamiętam o jakimś głupim epizodzie z siódmej klasy. Pozwolisz, że nie będę sobie przez to przytrzaskiwał palców drzwiami jak jakiś domowy skrzat?
Gdyby jakimś cudem na tym odludziu znalazł się postronny obserwator tej sceny, prawdopodobnie mógłby on uznać, że wypowiedź Syriusza rzeczywiście była nad wyraz uprzejma. Pod warunkiem, że obserwator ten nigdy wcześniej nie miałby do czynienia z Blackiem i że swoje wnioski wysnuwałby jedynie na podstawie tonu wypowiedzi. Ten bowiem rzeczywiście pozbawiony był jakiejkolwiek złośliwości, pozostając nienaturalnie wręcz uprzejmym, choć efekt ten zdecydowanie niszczył wciąż widniejący na twarzy Syriusza uśmieszek i wyjątkowo chłodne spojrzenie, utkwione w Elizabeth.
- Nie atakuję cię, Eff. Chociaż pewnie jednak znalazłoby się kilka dobrych powodów, gdybym faktycznie miał taki zamiar - rzucił obojętnie w odpowiedzi na jej kolejne słowa. Przy tym już nawet wcześniejszy kpiący uśmiech zniknął z jego twarzy, jedynie spojrzenie pozostawiając takim, jakie było do tej pory. Może i nie mówił do końca szczerze, bo pewnie rzeczywiście śmiało jego postawę i wypowiedzi można było wziąć za atak, jednak... mimo wszystko wrogość zdawała się być tym najlepszym rozwiązaniem, jeśli tylko chciał trzymać się swojej roli osoby mającej to wszystko gdzieś. Zarówno w kwestii Elizabeth, jak i Regulusa, z którym nieodzownie musiała się kojarzyć. W przeciwnym wypadku musiałby przecież dopuścić do siebie - pewnie bardzo uzasadnione - wyrzuty sumienia i zdradzić, że jednak mu zależało. Ba, musiałby przyznać to przed samym sobą, a jak do tej pory całkiem nieźle wychodziło mu wmawianie nawet sobie, że to, co starał się pokazać innym, było szczerą prawdą. Wydawało się bowiem, że tak właśnie było łatwiej. Czemu więc nie mogłoby tak zostać?
- Fantastycznie, że zdajesz sobie z tego sprawę - sarknął w odpowiedzi na jej ostatnie stwierdzenie. - A jednak to ty wysłałaś do mnie sowę. Właściwie... chciałaś się ze mną widzieć, o ile dobrze pamiętam. Proszę bardzo, czemu nie wykorzystasz okazji?
Zdobył się nawet na kpiącą parodię uprzejmego ukłonu, jakby rzeczywiście zjawił się w tym właśnie miejscu specjalnie na życzenie Effy. Zdołał nawet ugryźć się w język, by nie dodać, że więcej taka okazja mogła się zwyczajnie nie trafić. Zwłaszcza, że na to akurat specjalnie by nie liczył - zdążył się już przyzwyczaić do tego, że przypadki bywają nadzwyczaj złośliwe, podsyłając mu wprost pod nos najczęściej właśnie te osoby, z którymi wcale nie chciał się widzieć.
I owszem, zauważył, że podeszła bliżej. Bynajmniej wciąż jednak nie zamierzał sięgać po różdżkę, być może wciąż posiadając choćby i szczątkowe zaufanie do Elizabeth. Tym bardziej zaś nie zamierzał się cofać - w końcu możliwość ucieczki odrzucił już na wstępie. Czemu więc miałby próbować jej akurat teraz? Nie ruszył się więc z miejsca, po prostu przyglądając się swojej rozmówczyni uważnie. Wciąż w ten sam chłodny sposób.
 
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-17, 23:41   

Czasami życie bywa przewrotne, to naturalna kolej rzeczy zwłaszcza gdy w grę wchodzą uczucia i przeróżnego rodzaju inne aspekty, o których nikt nie jest w stanie mówić na głos. Effy niestety, ale zamykała się z każdym dniem coraz bardziej w sobie, jakby kreując nową siebie, dzięki której będzie mogła bez problemu patrzeć na innych, a maskę obojętności skryje pod przykrywką wyrafinowania. Żałość pod cynizmem, a dwulicowość pod ozdobą wizualnego piękna. Tak robiła od dawna, ale dopiero teraz dochodziła do perfekcji, w którą pchnął ją nie kto inny, jak Syriusz Black.
Było to złe? Może było dobre? Nie umiała znaleźć odpowiedzi na tyle kłębiących się pytań, ale to nie miało większego znaczenia chociażby przez wzgląd na tę jakże pokrętną psychikę, która rozbudowywała się każdego dnia, a analiza kolejnych istnień, które występowały w jej życiu, była wręcz powalająca.
Kobiety. Pewnie nikt ich nigdy nie zrozumie.
Podobnie było ze spotkaniem z tym… Jakże uroczym kundlem. Elizabeth miała tendencje do masochistycznych przeżyć, w których raczej nie kryła się z pasją do ranienia siebie. Inni byli dla niej otoczką osób, których nie mogła skrzywdzić, bo byłoby to ponad nią. Inną kwestią było rzucanie cruciatusa, ale mając u boku Blacka wolałaby pewnie zginąć sama, niż dać mu umrzeć.
-Prawdziwych, no jasne. – Wywróciła teatralnie oczami, a te słowa ubodły ją niemiłosiernie. Wbiła spojrzenie w chłopaka i jedyne co ją powstrzymywało przed wykrzyczeniem mu jakim jest kretynem, to ryzyko związane z nagłym pojawieniem się kogokolwiek, kto przyczyniłby się do ich śmierci. -Ciekawe, czy którykolwiek z nich oddałby za Ciebie życie, gdyby musiał. Może bohater Potter, albo tchórzliwy Peter… Ostatecznie biorę pod uwagę Remusa, ale przecież znając życie, to każdy zostawiłby Cię na pastwę losu. – Nie udawała, że pije do czegoś konkretnego. Nie chciała nawet udawać, że wie coś ponad to, co on sam. Może i pamięć o Regulusie była brutalna, a dla Syriusza o tyle boląca, że Eff przywracała wszystkie te wspomnienia, ale dziewczyna podchodziła do tego zupełnie inaczej; jakby problem po prostu nie istniał, bo nie mógł istnieć. Nie kiedy Black żył w takim zakłamaniu i przeświadczeniu o winie młodszego brata.
Elizabeth jak widać po upływie wielu lat kompletnie nie wpasowywała się w wizję Slytherinu. Zmieniło się w niej wszystko, a wystarczyło tak wiele stracić, by patrzeć gdzieś dalej niż tylko brzeg własnej wyobraźni. Spojrzała na Syriusza szeroko otwartymi oczami, by po chwili przygryźć dolną wargę.
-Nie nazywaj mnie Eff… Nie znoszę tego. Nazywałeś mnie tak, gdy miałam osiem lat, skoro jestem tak znienawidzona i się mną brzydzisz, to powinieneś do tego wracać, nie sądzisz? Kolejny poziom hipokryzji zaliczony. Winszuje szczerze. – Rzuciła ironicznie, a po chwili pokręciła głową, jakby nieco z odrażą, ale przecież jedyne co żywiła w tej chwili do Syriusza, to fakt, że miała fenomenalny żal i nie wierzyła w to, że w każdej chwili mogła umrzeć za kogoś, kto najchętniej sam z pewnością rzuciłby w nią zaklęciem uśmiercającym. Przełknęła jeszcze głośniej ślinę i nawet na sekundę nie spuszczała wzroku z twarzy byłego przyjaciela, a ręka zaczynała cholernie ją świerzbić, jakby jedynym ratunkiem okazał się atak. Złączyła nawet dłonie, by pocierać o siebie smukłymi palcami, a po chwili zdała sobie sprawę, że zbyt wiele gniewu się przez nią przelewa.
-Okazji do zabicia Cię… – Zmarszczyła lekko brwi, bo nie sądziła, że o to mu chodzi dlatego musiała się upewnić, jakby to był po prostu pieprzony koszmar, z którego nie była w stanie się wybudzić. Nie mógł jej przecież posądzać o coś takiego; to byłby absurd.
 
   Podziel się na:  
Syriusz Black



...

auror

21

czysta

kawaler







152

Różdżka, teleportacja łączna, wszystko-otwierający scyzoryk, świstoklik, uszy dalekiego zasięgu

Wysłany: 2014-11-18, 00:28   

Omal nie sięgnął jednak po różdżkę, gdy Elizabeth nawiązała w swojej wypowiedzi do trójki jego przyjaciół. O ile w większości istotnych spraw nie miał większych problemów, by rzeczywiście chować się pod płaszczykiem pozornej obojętności i lekceważenia, to jednak nigdy nie próbował tego samego względem tego grona osób, które naprawdę wiele dla niego znaczyły. Podobne insynuacje niezmiennie były więc tematem wyjątkowo drażliwym. Zwłaszcza w obliczu ostatnich wydarzeń - w końcu nie tak dawno temu Potter rzeczywiście omal nie zginął. Nie za Blacka jednak, ale raczej przez niego. Przez to konkretniej, że zachciało mu się zgrywać bohatera w momencie, gdy zdecydowanie lepiej było posłuchać zdrowego rozsądku i wybrać ucieczkę. O tym jednak nie zamierzał Elizabeth opowiadać. Nie miał też zamiaru dawać po sobie poznać poirytowania, choć to akurat mogło mu wyjść z mizernym skutkiem.
- A ty, oczywiście, tak świetnie ich znasz, że jesteś w stanie to stwierdzić z całą pewnością - rzucił jedynie, ze wszystkich sił powstrzymując się, żeby jednak nie zacisnąć palców na różdżce. - No i na pewno jesteś tą jedyną osobą, która byłaby zdolna do takich poświęceń. Pewnie. Tylko po prostu tak skutecznie ukrywasz się ze swoimi zamiarami.
Jasne, że nie mógł mieć pojęcia, że jakieś ziarnko prawdy jednak kryło się w jego kpinie. Wątpliwym jednak wydawało się, by zareagował jakkolwiek entuzjastycznie na wieść o tym, że Effy zawarła Wieczystą Przysięgę z jego bratem. I nie, nie chodziłoby tu nawet o jego rzekomą nienawiść do niej. To byłaby bardziej kwestia tego, że naprawdę nie oczekiwał podobnych poświęceń od kogokolwiek. A już w szczególności od osób, na których - mimo wszystko - wciąż w pewien sposób mu zależało. Póki jednak pozostawał nieświadomy istnienia jakiejkolwiek Przysięgi, mógł przynajmniej uciekać się do tej jawnej drwiny. Zwłaszcza, że naprawdę nie rozumiał, dlaczego właśnie podobnym przykładem Eff postanowiła się posłużyć. Całkiem poważnie bowiem nie sądził, by akurat ona miała oznajmić mu, że zamierzała w bliższej lub dalszej przyszłości oddawać za niego życie. W końcu niewiele powodów ku temu dawał jej w ostatnim czasie.
W zasadzie... nie dał jej chyba żadnego.
- Może właśnie z ośmioletnią tobą wolałbym rozmawiać - stwierdził ni to do siebie, ni to do niej, zanim jeszcze zdążył ugryźć się w język. Nie powinno się przecież wypowiadać na głos podobnych stwierdzeń, jeśli chciało się udawać, że kompletnie nic nie łączyło go z rozmówczynią. Nie od dziś jednak Black miewał tendencję do mówienia czegoś kompletnie bez zastanowienia. Ponieważ zaś trudno tym razem byłoby oczekiwać, że Elizabeth miałaby go nie usłyszeć, najlepszym rozwiązaniem zdawało się być całkowite porzucenie tego tematu. Bez dalszego wyjaśniania, że nazywanie jej w ten sposób było najzwyklejszym przyzwyczajeniem. Z lat dziecięcych, owszem. Wynikającym pewnie w głównej mierze z tego, że jak dotąd, mimo wszystko, naprawdę bardziej pasowało do niej w jego mniemaniu miękkie Eff niż oficjalnie brzmiące Elizabeth. W zasadzie... gdyby rzeczywiście wcześniej zastanowił się nad swoją poprzednią wypowiedzią, pewnie udałoby mu się uniknąć zdradliwego zdrobnienia. Podobnie jednak jak wypowiedziane przed chwilą stwierdzenie, wplecenie owego w wypowiedź było absolutnie odruchowe i spontaniczne. I zdecydowanie lepiej byłoby dalej w to nie brnąć, by nie pogrążyć się bardziej.
- Serio? - parsknął w odpowiedzi na jej kolejne słowa. - Jeżeli faktycznie tylko o to ci chodziło, to naprawdę fatalnie się do tego zabierasz. I właściwie oboje marnujemy tylko czas.
Nie, nawet przez moment nie przeszło mu przez myśl, że w tym momencie mógłby wykazywać się zbytnią pewnością siebie. Być może dość naiwnym było sądzić, że jeśli on nie byłby prawdopodobnie w stanie zrobić jej krzywdy, to ona powinna podobnie zachować się względem niego, jednak... naprawdę nie czuł w tym momencie zagrożenia. Nie z jej strony. Nawet, jeśli mimo wszystko podszepty zdrowego rozsądku podpowiadały mu, że mógł tego dość mocno pożałować.
 
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-20, 23:10   

Życie jest cholernie zaskakujące, gdy skazuje na spotkanie dwójkę byłych przyjaciół, która zrobiłaby wiele, byleby się nie widzieć, bo przecież pewne spotkania, to ostatnie czego można pragnąć. Eliza była w swoim świecie, bo próbowała odciąć się od wszystkiego, co było złe, a miejsce, którym określone Wrzeszczącą Chatę – oprócz tego niewątpliwego mroku, dawało także niemałe poczucie spokoju. Ten został jednak zmącony przez Syriusza, który jak zawsze z impetem wpadł w życie dziewczęcia, choć wcale nie był o to proszony.
-Jestem w stanie stwierdzić z pewnością wiele rzeczy, o których nie masz bladego pojęcia; zresztą… Jak zawsze. – Spojrzała na niego przenikliwie, a po chwili wzruszyła ramionami, jakby miała wrażenie, że w tej chwili jest to jedyny ratunek. Ironia. Obojętność. Najlepszą bronią jest ponoć atak. -Masz rację. Jestem dwulicową suką na usługach Lorda Voldemorta. Noszę Mroczny Znak i rzucam avadą na prawo i lewo. – Rzuciła z jawnym rozbawieniem – kpiąc przy tym z Czarnego Pana, bo miała wrażenie, że chłopak bierze ją za naprawdę skończoną istotę, której jedyną ideą jaka przyświeca jest wymordowanie chociażby mugolaków, bądź osób należących do zakonu. Nie. Wręcz przeciwnie. Eliza nie była w stanie zabić, bo dla niej to było absurdalne i nieludzkie. Mogła się nad kimś pastwić, bo sprawiało jej to niewysłowioną przyjemność, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że dawała upust własnemu bólowi, nad którym po prostu nie potrafiła panować. Przesiąkała wieloma emocjami; zwłaszcza tym negatywnymi, jakby prosiła o nowe życie.
Cofnęła się na krok, gdy tak świdrowała wzrokiem Syriusza, a jego widok przypominał jej Regulusa, za którym tak bardzo tęskniła i, z którym nigdy nie potrafiła się pożegnać należycie. Możliwe, że gdyby nie młodszy Black, to w tym momencie nie szukałaby sposób na dotarcie do Łapy, ale przecież to było jej jedynym ratunkiem. Musiała zagrać w otwarte karty, ale im dłużej tkwiła przy Syriuszu, tym bardziej utwierdzała się w fakcie, że umrze, bo nigdy nie dojdzie do wspólnego konsensu z byłym przyjacielem. Miała wrażenie nawet, że to jak walenie grochem o ścianę, a przecież kiedyś dogadywali się świetnie.
-Tamtej mnie już nie ma. Sam wbiłeś ostatnią szpileczkę, bym mogła rozpaść się na wiele części. – Nie była teraz cyniczna, złośliwa czy ironiczna. Po prostu lawirowała pomiędzy bytem, a nie bytem. Trwała w czymś, co było absurdalne. Chciała uciec, bo w tym momencie wydawało jej się to najlepsze, ale z drugiej strony tak bardzo tchórzliwe. Przełknęła więc głośno ślinę, jakby nieco w obawie tego, co może się jeszcze wydarzyć. Nie chciała wyjść na osobę, która ucieka od odpowiedzialności, ale z drugiej strony miała wrażenie, że wszystko wypada jej z rąk. Jak piasek, nad którym nie była w stanie panować.
-To czemu stąd nie pójdziesz, skoro rozmowa ze mną to marnowanie czasu? – Spytała bez ogródek, a po chwili sama odwróciła się na pięcie, jakby z zamiarem odejścia. Pękało jej serce od tej nienawiści, którą w nią celował, ale uśmiechnęła się jeszcze do siebie, by po chwili rzucić gdzieś w otwartą przestrzeń, jakby… Chciała dać mu do zrozumienia, że są jeszcze inne priorytety niż to, co w tym momencie oboje sobie dostarczają. -Nie wystawiaj się zbyt szybko śmierciożercą. Muszę załatwić parę spraw nim umrę. – Rzuciła od niechcenia, bo i tak miała świadomość, że on niczego nie zrozumie.
Był zbyt ślepy
 
   Podziel się na:  
Syriusz Black



...

auror

21

czysta

kawaler







152

Różdżka, teleportacja łączna, wszystko-otwierający scyzoryk, świstoklik, uszy dalekiego zasięgu

Wysłany: 2014-11-21, 00:18   

Nie mógł powstrzymać kpiącego uśmiechu i lekceważącego prychnięcia, na jakie pozwolił sobie po jej wypowiedzi. Ba, nawet nie starał się tego powstrzymywać. Właściwie wolał nawet zareagować w ten właśnie sposób, niźli dociekać, co rzeczywiście miała na myśli. Bo tak było przecież prościej.
- Świetnie. Czemu mnie w takim razie nie oświecisz i nie podzielisz się tą swoją wiedzą? - zapytał jednak, choć niewiele było w tym pytaniu szczerego zainteresowania. Raczej dalsza drwina i powątpiewanie w to, by rzeczywiście Elizabeth miała wiedzieć cokolwiek więcej od niego. To znaczy... no jasne, pewnie istniały kwestie, w których orientowała się znacznie lepiej niż Black. Bynajmniej jednak nie sądził, by to samo mogło się tyczyć kwestii już przez nią poruszonej, oscylującej również wokół jego przyjaciół i ewentualnego poświęcenia. W tym temacie śmiało mógł stwierdzić, że wiedział lepiej. I prawdopodobnie nic nie byłoby w stanie skłonić go do zmiany zdania. A przynajmniej nie w tym momencie, gdy nie miał absolutnie żadnego powodu, by w któregoś z nich wątpić.
Takich powodów zaś mógłby znaleźć całkiem sporo, jeśli chodziło o Eff. I niestety, aktualnie naprawdę nie miał zamiaru zastanawiać się nad tym, ile z tych powodów sobie wymyślił, a ile było jakkolwiek realnych.
- A co niby zmieniło się w tej kwestii? - rzucił zupełnie obojętnie w odpowiedzi na jej drwinę. I owszem, w tym momencie po prostu strzelał. Nie miał pojęcia, czy kiedykolwiek Elizabeth rzeczywiście wstąpiła w szeregi popleczników Czarnego Pana, jednak miał świadomość tego, że należał do nich jego brat. Skoro zaś tak, można było przypuszczać, że to również łączyło ją z Regulusem. Choć owszem, w tym momencie skłonny byłby w to poważnie zwątpić - w końcu Śmierciożercy nie zwykli wymawiać głośno imienia swojego Pana. Zarówno z szacunku do niego, jak i - podobnie jak większość czarodziejskiego świata - ze strachu. Mimo wszystko jednak nie zamierzał spuszczać z tonu. Jeszcze nie. W końcu nie od dziś wiadomo było chyba, że Black należał do tych wyjątkowo upartych osób. Nawet w sytuacjach, gdy powoli mogłoby zaczynać docierać do niego, że niekoniecznie miał rację w tym swoim uporze.
Milczeniem zbył za to uwagę dotyczącą tego, że osobiście rzekomo przyczynił się do zniknięcia tej Elizabeth, którą znał i z którą się przyjaźnił. Postanowił już przecież, że tego tematu nie pociągnie dalej - nawet, jeśli to właśnie jemu zupełnie przypadkiem wyrwała się całkowicie nieprzemyślana wypowiedź. Możliwe, że w tej kwestii odzywały się jakieś wyrzuty sumienia, czy poczucie winy, które przyczyniały się do tego, że nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać w tym momencie na ten temat.
W pierwszej chwili nie miał też zamiaru zatrzymywać jej, kiedy się odwróciła. Tak byłoby przecież najlepiej - po prostu rozeszliby się i mogliby liczyć na to, że nie spotkaliby się zbyt szybko ponownie. Bo przecież - po raz kolejny - tak byłoby znacznie łatwiej. Zwłaszcza, że nie sposób byłoby zauważyć, że to spotkanie nie było zbyt łatwe ani dla niej, ani dla niego.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - a jednak musiał się odezwać, kiedy dotarło do niego brzmienie jej słów. Tym razem nieco już mniej warkliwym tonem, a w pytaniu przynajmniej rzeczywiście pojawiło się coś, co przy dobrych chęciach dałoby się nazwać zainteresowaniem. Rzeczywiście bowiem ostatnie słowa go zaintrygowały. W jednym się nie myliła - nie potrafił wyciągnąć z nich zbyt wiele sensu, jednak jednocześnie były na tyle niepokojące, że nie dałoby się ich zostawić ot tak, bez żadnego odzewu. Choć właściwie nie sądził, by miał otrzymać jakąś satysfakcjonującą odpowiedź na swoje pytanie.
 
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-21, 22:22   

Życie bywa zaskakujące, zwłaszcza w momencie, gdy ktoś kto był dla nas kiedyś dość istotny. Ktoś bez kogo nie wyobrażaliśmy sobie rozpoczęcia kolejnego dnia – staje się zwykłym, nic nieznaczącym, kolejnym elementem popranej zagadki, której tak naprawdę nie da się rozwiązać… Effy nie brnęła w to, bo dla niej było czymś w rodzaju niepotrzebnego problemu, a przecież musiała odepchnąć wszystkie żale i całą niechęć tylko po to, by choć przez moment dać mu do zrozumienia w jak wielkich kłopotach znajdują się oboje. Co prawda, Syriusz miał guzik do gadania, ale to nie miało żadnej wartości.
-Nie dzielę się wiedzą z osobami, które zachowują się szczeniacko i tak żałośnie, Syriuszu. – Powiedziała z nieukrywaną irytacją, by po chwili zatrzymać się w pół kroku i z tym cynicznym uśmieszkiem spojrzeć wyzywająco w jego piękne oczy. Zagryzła lekko dolną wargę, bo naprawdę czuła jak niewiele jej brakuje, by po prostu nie sięgnąć po różdżkę. Nie musiałaby zastanawiać się nad formułą zaklęcia, bo z pewnością rzuciłaby drętwotą, a potem bezczelnie patrzyła jak leży w śniegu, bo cóż mogło sprawić jej więcej frajdy niż właśnie to? Zasłużył na takie samo upokorzenie, które oferował jej, z tą różnicą, że… Nie potrafiła podnieść na niego ręki.
-Wszystko, mój drogi. Całe moje życie, które tak naprawdę dobiegło końca z dniem śmierci Twego brata. Niektórzy nie wyrzekają się najbliższych. – Wzruszyła nieco obojętnie ramionami, a po chwili zrobiła lekki obrót na pięcie, by tylko zapomnieć o tym, co się już wydarzyło i nie miało prawa się zmieniać, bo jakby nie patrzeć za każdym razem gdy wracała myślami do młodszego Blacka – serce jej pękało. Na wiele drobnych części, których nie potrafiła zastąpić tak naprawdę niczym. Wzięła głębszy wdech, bo nie miała już czego tutaj szukać, a zadzieranie z nim na płaszczyźnie braterskiej było prawdziwym nietaktem, jak chociażby to, że ona się zmieniła. Jak mało kto. Mogła być w jego oczach nadal tamtą ślizgonką, która z taką łatwością docierała gdzieś głębiej niż tylko zewnętrzna powłoka, ale… Nadal była jedynie kimś ze Slytherinu. Kimś, kogo z taką łatwością wyrzucił ze swojego życia, bo nie pasował mu dom, do którego trafiła, a przecież próbowała się temu przeciwstawić. Wszystko poszło na marne, bo jej walka okazała się jedynie złudną nadzieją, która nie miała racji bytu.
Nie chciała milczenia Blacka, ani tym bardziej jego łaski, litości, czy zainteresowania. To było nieco absurdalne. Może nawet nie do zniesienia, ale z drugiej strony – mogłaby się pastwić w tej słodkiej niewiedzy, o której on nie miał pojęcia i z pewnością jeszcze długo mieć go nie będzie, bo z jakiej racji, prawda? Podeszła więc na jeszcze dwa kroki, by jego od razu była wyczuwalna jeszcze bardziej. Nieoderwanie spoglądała w oczy chłopaka, by nawet na sekundę nie spuścić spojrzenia Syriusza, bo przecież to oznaczało porażkę i to na całej linii.
-Regulus… Dba o Ciebie nawet po śmierci, w przeciwieństwie do Ciebie. Nigdy nie potrafiłeś dać mu tego samego, ale… Nie dziwię się… – Zawiesiła głos, a gdy znalazła się już wystarczająco blisko, wyciągnęła w stronę Blacka dłoń, jakby chcąc go dotknąć i w istocie – zrobiła to. Opuszkami palców musnęła jego policzek, świdrując go spojrzeniem, które otaksowywało twarz byłego przyjaciela. Szukała w nim wszystkich emocji, którymi mogłaby się karmić, ale nie widziała ich. Jakby nie istniały. -Wy, ludzie z Gryffindoru – jesteście tchórzami. – Puściła mu jeszcze oczko, bo przecież kpiła w tej chwili w żywe oczy z tego, co go wychowywało i kształtowało. Nie umiała powstrzymać pewnych zachowań, a jak widać… To jedyne na co ją było stać, jednak to bez znaczenia.
-Szkoda…
 
   Podziel się na:  
Syriusz Black



...

auror

21

czysta

kawaler







152

Różdżka, teleportacja łączna, wszystko-otwierający scyzoryk, świstoklik, uszy dalekiego zasięgu

Wysłany: 2014-11-21, 23:17   

Nie próbował nawet zaprzeczać temu, że miałby zachowywać się szczeniacko. Jasne, przynajmniej w tej kwestii doskonale zdawał sobie z tego sprawę, w duchu może i nawet mogąc przyznać jej rację. Zdecydowanie nie oznaczało to jednak, że miał zamiar jakkolwiek swoje zachowanie zmieniać, czy - o, zgrozo - przytakiwać Elizabeth na głos. Obojętne wzruszenie ramion, mówiące mniej więcej tyle co i tak mam to gdzieś powinno tutaj w zupełności wystarczyć. Zwłaszcza, że już wkrótce z ust Effy padła kolejna wypowiedź, znacznie bardziej absorbująca. O tyle przynajmniej, że dzięki temu postać jego brata została przywołana w tej rozmowie już całkiem wprost. To już nie były jedynie skojarzenia, mimowolnie nasuwające się wspomnienia i wszystko to, co Elizabeth mogłaby wywoływać swoją obecnością. I chociaż podobnego obrotu sprawy można było się prędzej lub później spodziewać, to jednak w chwili, gdy wspomniała o Regulusie, po raz kolejny Syriusz mógł pożałować, że nie wycofał się z tej rozmowy, zanim to nastąpiło.
Znacznie łatwiej było unikać emocji, jakie wciąż wywoływała śmierć brata, kiedy nie wspominało się o nim wprost i kiedy unikało się również wszelkich tematów, mogących się jakkolwiek z nim wiązać. W tej sytuacji jednak nie dało się ukryć, że wspomnienie młodszego Blacka usilnie wisiało w powietrzu od samego początku niefortunnego spotkania. Wystarczyło jedynie zaczekać, aż owo nabierze bardziej konkretnych kształtów. I oto właśnie doczekał się.
- Widocznie nie wszyscy mają powody, żeby się od nich odcinać - stwierdził w odpowiedzi, dając sobie chwilę na to, by upewnić się, że jego wypowiedź mimowolnie nie zabrzmi jak warknięcie. Nie zabrzmiała, więc przynajmniej to mu się udało. Choć jednak całkiem już świadomie zamienił wspomniane przez nią "wyrzekanie się" na "odcinanie się". To było przecież bliższe prawdy - jakkolwiek bowiem mógłby starać się prezentować sobą coś zgoła innego, to jednak nigdy przecież tak zupełnie nie wyrzekł się ani własnego brata, ani Elizabeth. Próby odcięcia się były zdecydowanie lepszym określeniem.
- W każdym razie... Jasne, przykro mi z powodu twojej straty, Elizabeth - prawdopodobnie trudno byłoby odczytać cokolwiek z tonu jego wypowiedzi, który pozostał absolutnie bezbarwny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. Równie dobrze mógłby więc oznaczać całkowite zlekceważenie faktu, że śmierć Regulusa rzeczywiście była dla niej wielką stratą, a równie dobrze w ten właśnie cyniczny sposób mógł chcieć dać jej do zrozumienia, że nie tylko ona miała nad czym ubolewać w tej kwestii. Mocniej zaakcentowane zostało jedynie jej imię. A i to tylko po to, by dobitniej podkreślić, że - zgodnie z jej życzeniem - miał zamiar posługiwać się jego pełną formą i bardziej pilnować się pod tym względem.
I znów przez krótką chwilę miał ochotę wycofać się, kiedy Eff ponownie do niego podeszła. Chwila ta była jednak wystarczająco krótka, by stosunkowo łatwo można było oprzeć się pokusie wybrania tego najłatwiejszego rozwiązania, opierającego się na zostawieniu tego wszystkiego tak, jak było w tym momencie. Już nawet bez wysłuchiwania jakichkolwiek wyjaśnień z jej strony, bez zaprzątania sobie głowy kolejnymi problematycznymi kwestiami. Nie cofnął się, a w dodatku podjął nawet to niewypowiedziane wyzwanie, starając się nawet nie odwracać wzroku. W ten sposób znacznie trudniej było zamaskować nerwowe napięcie mięśni, czy mimowolne skrzywienie się na brzmienie imienia brata. O ile jednak wszelkie emocje związane z osobą Regulusa starał się jak najlepiej zamaskować, o tyle nijak nie próbował ukryć zaskoczonego zmarszczenia i lekkiego uniesienia brwi. Problem mogło stanowić jedynie jednoznaczne określenie, czy była to bardziej reakcja na jej słowa, czy może jednak na dotyk jej dłoni. Tę zresztą zupełnie odruchowo chwycił lekko w przegubie, mając zamiar delikatnym, ale stanowczym ruchem odsunąć ją od swojej twarzy. Dopiero po chwili zaś zdał sobie sprawę z tego, że jej rękę przytrzymał odrobinę zbyt długo, niźli należałoby to zrobić, gdyby chodziło tylko o chęć odsunięcia jej od siebie. Natychmiast więc cofnął dłoń, przynajmniej w ten sposób chcąc naprawić swoje niedopatrzenie.
- Poza tym, że właśnie oskarżasz mnie o to, że nie biegałem za nim krok w krok, jakby był upośledzonym kilkulatkiem bez własnej woli, to jakoś wciąż nie bardzo wiem, co jeszcze masz na myśli - przez moment naprawdę miał wielką ochotę naskoczyć na nią, wykrzykując wręcz, że to, co mógłby po sobie zostawić Regulus, interesowało go jeszcze mniej niż w momencie, gdy ten wciąż żył. Ostatecznie jednak... przynajmniej w tej kwestii sobie odpuścił. W pewien sposób zwyczajnie poddał się w tym temacie, co prawdopodobnie dało się usłyszeć w tonie jego wypowiedzi, która zdecydowanie nie mogła brzmieć jak choćby namiastka ataku. W końcu skoro zdawał sobie sprawę, że tematu jego brata prawdopodobnie i tak nie odstraszy zwykłe warknięcie, to pewnie nie pozostawało mu nic innego, jak tylko zaczekać, aż ten zniknie sam z siebie.
- Krążenie wokół tematu, zamiast powiedzenie wprost o co ci chodzi, też nie należy do szczególnie odważnych zachowań - oczywiście, że przynajmniej w odpowiedzi na tę jej kpinę musiał się odgryźć. - Ale Ślizgonów przynajmniej nikt nigdy nie podejrzewał o odwagę, prawda?
 
 
   Podziel się na:  
Elizabeth Diggory
[Usunięty]

Wysłany: 2014-11-23, 16:16   

Nie znosiła tego. Nienawidziła, gdy ktoś zachowywał się nieodpowiedzialnie i dziecinne, a Syriusz nie odbiegał od rzeczy, których nie lubiła i nie tolerowała. W pewnym wieku trzeba było dorosnąć, a przynajmniej ona tak na to patrzyła; możliwe, że wynikało to z faktu, że miała zupełnie inne podejście do wielu spraw głównie przez to, że straciła męża i przyjaciela, a teraz mogła stracić osobę, do której czuła coś więcej niż tylko… Właściwie co? Nie umiała tego określić, bo było to dużo trudniejsze niż jej się wydawało, ale walczyła z tym jak gdyby nigdy nic. Jakby to nie miało żadnego znaczenia, bo przecież nie miało rzecz jasna według niej.
Nie chciała być intruzem, ani tym bardziej wrogiem dla Syriusza, ale z każdym kolejnym posunięciem i słowem miała wrażenie, że gdyby tylko miał możliwość, to sam wymierzyłby ten ostatni cios właśnie w nią. Czy byłoby to dla niej problematyczne? Niekoniecznie. Bardziej sprawa zapętlała się w momencie, gdy brała pod uwagę fakt, że ktokolwiek mógłby zabić Blacka, a przecież ona sama naprawdę miała jeszcze zbyt dużo do naprawienia, by umierać.
-Jesteś hipokrytą. Przeczysz sam sobie. Nie widzisz tego? – Warknęła ostrzej, bo zaczynało ją drażnić to, że Black nie pamiętał własnych słów. Mogła zgodzić się na wiele, ale nie to, czego dopuścił się teraz. -Jeszcze chwilę temu mówiłeś, że przeszkodzą był dom, do którego trafiłam. Czy to nie oznaka wrodzonej tępoty? – Podniosła nieco głos, a wzrokiem świdrowała go, jakby co najmniej w tej chwili chciała go udusić, a gdyby spojrzenie zabijało, to z pewnością Syriusz leżałby już trupem; abstrahując – Effy tkwiłaby tuż obok niego, w dokładnie takim samym stanie agonalnym, co on.
-Nigdy byś się nie zdobył na to co Regulus, więc nie mów mi, co sprawiło, że się od nas odsunąłeś. To Ty szukałeś przyjaciół i to Ty wyrzuciłeś ludzi, którym na Tobie zależało do kosza! – Krzyknęła w końcu, a palec wycelowała wprost w niego, jakby w tej chwili tylko to się liczyło. Jakby chciała mu pokazać wszystko co jest złe i jakie błędy popełnia, ale przecież ile ona sama może mieć siły, by po raz kolejny dopuszczać się tak dziwnych przedsięwzięć, które zazwyczaj spełzały na niczym.
-To był Twój brat. Nic dla Ciebie nie znaczył? – Warknęła ostrzej, bo dokładnie pamiętała treść ostatniego listu, a także rozmowę, którą odbyła z nim tuż przed jego śmiercią. Dłoń mimowolnie powędrowała do płaszcza, w którym tkwiła kartka z zapisanymi słowami, które młodszy Black skierował do niej, tak by pamiętała o przysiędze. Nie była w stanie jednak zapomnieć o tym, że miała oddać życie za Syriusza. To było bardziej niż oczywiste, a co za tym szło… Próbowała poskładać rozbiegane myśli w całość, bo za każdym razem odczuwała jeszcze większy strach, ale właściwie… To nie miało żadnego znaczenia, a przynajmniej nie teraz. Były gryffon miał wszystko w dupie, więc równie dobrze mogliby umrzeć oboje, tj. Eliza i Regulus, a on by i tak sobie z tego nic nie zrobił. Może w brutalny sposób oceniała go w tej chwili dziewczyna, ale przecież nie dawał jej wyboru.
Zagryzła dolną wargę, gdy poczuła pod opuszkami palców niewielką kartkę, bo miała świadomość, że jeśli chłopak jeszcze dalej zabrnie ze swym oskarżycielskim tonem, to nie zawaha się wyjawić tego jakże ciążącego sekretu, który odciskał na niej spore piętno. Nie wiedziała, czy to będzie dobre, a może jednak złe, ale… Trzymała jeszcze nerwy na wodzy.
Dopiero kolejne słowa dotyczące Regulusa sprawiły, że podeszła bliżej i nie zastanawiała się nad tym co zrobiła, bo mimowolnie jej dłoń znalazła się na policzku mężczyzny, wymierzając mu tym samym siarczysty policzek.
-Jesteś… – Zawiesiła głos, bo szok jakiego doznała był niewyobrażalny. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, bo nie była w stanie wydusić z siebie nic konkretnego. -Regulus nie żyje, bo sprzeciwił się Sam-Wiesz-Komu. Nie bluźnij, bo ani ja ani Twój brat nigdy Cię nie obchodziliśmy, więc z łaski swojej… Nie szargaj jego imienia, skoro nie posiadasz odwagi takiej jak on. – Warknęła jeszcze ostrzej, bo była w stanie za Regulusa w ogień wskoczyć, nawet teraz, a Syriusz tylko potęgował ochotę, w której mogłaby go rozszarpać gołymi rękami. W jej oczach zawitały łzy i choć żadna nie spłynęła po policzku, to czuła jak tli się w niej cała złość i smutek.
-Czasami mam wrażenie, że ktoś Ci zrobił pranie mózgu, odważny gryffonie. – Rzuciła z nutą ironii, a po chwili rozłożyła dłonie i ukłoniła się teatralnie, jakby chciała mu dać do zrozumienia – jak bardzo nim gardzi; to było tak fenomenalnie mylne stwierdzenie, ale teraz nie pozostało jej nic innego, niż właśnie to.
 
   Podziel się na:  
Syriusz Black



...

auror

21

czysta

kawaler







152

Różdżka, teleportacja łączna, wszystko-otwierający scyzoryk, świstoklik, uszy dalekiego zasięgu

Wysłany: 2014-11-23, 23:07   

Tymczasem to nieodpowiedzialne, szczeniackie zachowanie było jednak - paradoksalnie - swego rodzaju strategią przetrwania, której Black zamierzał się uparcie trzymać. W końcu w ten właśnie sposób najłatwiej było unikać wszystkiego, co mogłoby tylko komplikować wszelkie inne sprawy. Trudno byłoby o lepszy sposób na unikanie odpowiedzialności, niźli zachowywanie się dokładnie tak, jakby do tej odpowiedzialności nigdy się w pełni nie dorosło. To pomagało, wbrew pozorom. Nawet jeśli, jak w ostatnim czasie, mimo wszystko wszelka odpowiedzialność stawała się zbyt wielka, żeby ot tak wykonać prosty unik i zwyczajnie się z nią minąć. Tego rodzaju kryzysy miały jednak to do siebie, że ostatecznie i tak mijały. Po raz kolejny - w głównej mierze dzięki właśnie temu szczeniackiemu podejściu i bagatelizowaniu wszystkiego dookoła. A przynajmniej tego właśnie do tej pory Syriusz mógł się nauczyć. I jak na razie nic raczej nie wskazywało na to, by swoje przyzwyczajenia zamierzał w najbliższej przyszłości jakkolwiek modyfikować.
- Nie. Ale za taką oznakę tępoty możesz uznać spłycanie tego wszystkiego do samego podziału na Domy w Hogwarcie - odwarknął na jej oskarżenie. Nie mógł jej przecież przyznać racji. Coś podobnego oznaczałoby, że rzeczywiście godziłby się z nazywaniem go hipokrytą. I czyniłoby to oskarżenie całkiem trafnym, stawiając go na równi z jego rodziną, która jego samego przekreśliła dokładnie w tym samym momencie, gdy złamał odwieczną tradycję Blacków, trafiając do Gryffindoru. Oczywistym było więc to, że w tej kwestii zgodzić się nie mógł. Za nic, być może jedynie pogłębiając swoją hipokryzję, jednak... Hipokryci chyba właśnie to mieli do siebie.
- Sam się o to prosił - jasne, że ta krótka, znów zupełnie bezbarwna odpowiedź, była niczym innym, jak zwykłym kłamstwem. Zdecydowanie bowiem nie można byłoby powiedzieć, że Regulus nic dla niego nie znaczył. Bo i owszem, był przecież jego bratem. I już przez sam ten fakt znaczył wyjątkowo wiele, jednak... z pewnych powodów Syriusz wciąż nie zamierzał się do tego głośno przyznawać. Przed kimkolwiek, w szczególności zaś przed Elizabeth i, być może również, przed sobą samym. To w końcu oznaczałoby, po raz kolejny, przyznanie jej racji w kwestii bycia skończonym hipokrytą. Znów więc łatwiej było przyjąć strategię nic mnie to nie obchodzi i dzięki temu skutecznie unikać jakichkolwiek dalszych konsekwencji, wiążących się z ewentualnym przyznaniem się do tego, że rzeczywiście boleśnie dotknęła go śmierć brata.
I choć prawdopodobnie wymierzony mu policzek powinien go otrzeźwić, przywołać do rzeczywistości i w jakiś sposób zmusić do pogodzenia się z tymi wszystkimi emocjami, to jednak efekt można było uznać za całkowicie odwrotny. Owszem, w pierwszej chwili rzeczywiście był po prostu zaskoczony. Zamilkł na krótką chwilę, w osłupieniu po prostu przyglądając się Eff i ze wszystkich sił starając się stłumić w sobie chęć sięgnięcia po różdżkę. Zrobiłby to prawdopodobnie bez chwili wahania, gdyby tylko stał przed nim ktokolwiek inny.
Ale nie ona.
Mimo wszystko nie był w stanie stłumić złości, jaka wzbierała w nim, niejako potęgowana nie tylko przez słowa Elizabeth, ale również przez piekący, i najpewniej czerwieniejący już powoli, policzek.
- Więc wciąż nie jest nikim więcej, jak tylko idiotą, który przejrzał na oczy dopiero w momencie, kiedy już dotarło do niego, że zabawa, na jaką się pisał, wcale nie jest zwykłą, nieszkodliwą zabawą - wycedził, mimowolnie zaciskając jednak palce na schowanej w kieszeni różdżce. - To nie czyni go odważnym, wbrew temu, co bardzo próbujesz sobie wmówić. To tylko kolejna oznaka skończonej głupoty, w której widocznie mu wtórujesz. A szkoda, bo, jak widać, pójście w jego ślady może się okazać cholernie kiepskim posunięciem.
Owszem, znów mógłby śmiało zarzucić sobie, że nie mówił tego, co rzeczywiście miał na myśli. W tym momencie jednak nie miało to najmniejszego znaczenia. O ile wcześniej potrafił ugryźć się w język, by nie naskakiwać na Effy i nie rozwodzić się niepotrzebnie na temat rzekomej niechęci do brata, tak teraz... zdecydowanie nie miał zamiaru się powstrzymywać. Nie mógłby uciec się do rzucenia na nią żadnego zaklęcia w odwecie, jednak przynajmniej na słowny atak mógł sobie śmiało pozwolić.
 
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo






Grafikę na forum wykonała Seba pod okiem Daliena. Jej elementy zostały znalezione w internecie. Styl jest dziełem Curly, a kody zostały stworzone przez administrację, przy pomocy niektórych znalezionych w odmętach internetu. Nie kopiuj, zapytaj.